Dwa wpisy jednego dnia. To się chyba nie zdarzy drugi raz:P
No więc tym razem małe co nieco o moim SURFOWANIU :)
W piątek o godzinie 12.00 postanowiliśmy z paczką exchange'ów wybrać się na plażę La Union, po to aby posurfować. Ten pierwszy raz:)
Podróż była długa i trochę nieznośna czyli Filipino time jak zawsze :)
Wyruszyliśmy z Manili busem o 14.00. Po ok godzinie autobus rozkraczył się na środku autostrady. Czekaliśmy kolejne pół godziny. Moi zmyślni koledzy z Niemiec i Belgii postanowili coś zdziałać i wyłamali gałąź z pobliskiego drzewa, ociosali i próbowali nią założyć pasek (nie wiem jaki pasek ale gdzieś blisko silnika jak na załączonym obrazku). W każdym razie porządnie zaczęli dłubać w ogromnym filipińskim silniku.

Ale nic z tego.
W końcu przyjechał kolejny autobus do którego się przetransferowaliśmy.

Koledzy zajęli NAJLEPSZE miejsce a autobusie :) Tzw dostawki ;-)
Przejechaliśmy może z 80 km i znowu się zatrzymaliśmy w jakiejś wiosce. Staliśmy chyba z godzinę. Potem się okazało że jakiś dzieciak rzucił w nas kamieniem i szyba lekko pękła. No więc po godzinie znów musieliśmy się przetransferować do naszego pierwszego autobusu (szczęśliwie został naprawiony).
I późnym wieczorem przybyliśmy do Sam Juan Resort.

Nasza chatka :-) Tzw Willa Deluxe dla 6 osób :-) w praktyce były tam dwa podwójne łóżka i dwa materace :-) Prawie jak kolonie! :D
Klimat świetny, super żarcie, ludzie, miejsce. Oczywiście nie omieszkaliśmy zamówić sobie kilka "buckets of beers" czyli skończyło się jak zawsze - siedzenie do późna ;) Poznaliśmy kilkoro Szwedów i Austriaka, który przyjechał tu jako nauczyciel wynajęty przez jakąś nieźle dzianą rodzinę. Uczył dwójkę małych chłopaków a przy okazji załapał się na podróż dookoła świata, bo rodzinka wpadła m.in. do takich krajów jak USA, Karaiby, Peru, Sri Lanka no i Filipiny. A byli dopiero w połowie drogi... :)

Widoki La Union
Potem poszliśmy się wykąpać (Morze Chińskie, yay!) no i Robert zgubił okulary... :/ Szukaliśmy ich ze dwie godziny i jeszcze następnego dnia, ale niestety bezpowrotnie zapadły w otchłani chińskiego morza...
Sobota upłynęła pod znakiem: nauki surfingu, surfingu, prażenia się na plaży, chillowania się z San Miguelem, jedzeniem filipińskich przysmaków (no może oprócz mnie bo ja zażyczyłam sobie Chop Suey;)), no a wieczorem graliśmy w UNO (takie nasze Makao). Było wyjątkowo sympatycznie :) I pierwszy raz od przyjazdu na Filipiny poszłam spać ... uwaga ... o 21 :D Byliśmy tak zmęczeni po surfowaniu (to jest naprawdę męczący sport!!!), że wypiliśmy colę i sru do łóżka;-)


i tak prawie przez cały dzień... :)
Sam surfing był świetny, co prawda na początku nie potrafiłam nawet wstać, ale po 3 próbach się udało. Tylko nie zdawałam sobie sprawy ze za każdym razem instruktor popycha moją deskę, i przez to nawet nie starałam się wiosłować. A tu się okazało że jak sama próbowałam posurfować to już tak łatwo nie było, bo trzeba było się a) rozpędzić i nabrać prędkość (poprzez porządne wiosłowanie rękami) i i b) wstać w odpowiednim momencie.

Im szło zdeczka lepiej... ;-)
Niestety moje surferskie umiejętności okazały się następnego dnia niewystarczające żeby surfować sama, ale niemniej jednak - co doświadczyłam to moje :D
W niedzielę niestety musieliśmy opuścić to fantastyczne miejsce i wróciliśmy (tym razem bez przeszkód uff) do Makati.
I tym sposobem zaliczyliśmy nasze pierwsze w życiu surfowanie. Było warto!
Do usłyszenia next time! :*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz