poniedziałek, 20 września 2010

the man who wore the slippers

Tak więc minęło dokładnie 10 dni od mojego przyjazdu na Filipiny. 10 dni było jak jeden dłuugi dzień. Życie tutaj jest 3 razy szybsze i duuużo ciekawsze niż w Warszawie (sorry Warszawko:P). Nie było jeszcze dnia, w którym nie poznałabym kogoś nowego, nie zjadłabym czegoś innego, nie zobaczyłabym czegoś niespotykanego.

Wczoraj zaczęły się zajęcia. Ale o tym za chwilę. Najpierw słów parę o naszym tripie do Mt Pinatubo - wulkan który wybuchł ostatnio w 1991 i erupcja była tak silna ze prawie rozwaliła górę w pół. I tam właśnie powstało jezioro.



Po prostu cudo. Ale najlepsza w tym wszystkim była sama podróż. Bo gdybyśmy dotarli tam w godzinę, to chyba nie docenilibyśmy piękna tego wulkanu. A więc wyruszyliśmy w sobotę skacowani po dobrej imprezie (Siwa Wam może co nieco opowiedzieć;P) - a właśnie: Siwiec przyjechał w piątek i chyba się całkiem zadomowił:P No więc wyruszyliśmy w sobotę, wyjechanie z zakorkowanej Manili zajęło nam jakieś 1,5h, a potem było już tylko z górki. Dotarliśmy do małej miejscowości Capas, gdzie białego człowieka nie widziano chyba dawno, a dzieci nie odstępowały nas na krok. Stamtąd pojechaliśmy tricyklami do kolejnej wiochy, z której to oficjalnie juz mieliśmy tripa z przewodnikiem do Mt Pinatubo. Podróż tricyklem polecam każdemu :)



Późnym wieczorem dotarliśmy do goszczącej nas rodzinki - ludzi tak przemiłych że chciało się tam zostać dłużej i mogłabym nich tyle napisać ale niestety czas mnie ogranicza a także wasze możliwości czytelnicze:P
Na szczyt wulkanu trzeba było jechać jeepem z przewodnikiem, a wycieczkę wykupić od jakiegoś koreańskiego biura. Na miejscu przywitała nas niezwykle przemiła małpa, która znienawidziła mnie od razu, a ja ją w sumie też ;) Raz się nawet na mnie rzuciła ale niestety zatrzymał ją łańcuch i małpiszon zadyndał w powietrzu;)



Jeepy były świetne ale... rzekomo na szczyt można było spokojnie wejść w tzw slippers czy flip flops czyli najprostszych na świecie japonkach. Tak więc ekipa wybrała się w sandałach, a ja w takich porządniejszych japonkach. Niestety jednak tak szybko jak wysiedliśmy z jeepa okazało się że ścieżka nie jest usłana różami, a raczej kamieniami, kamulcami, eratykami czy czymkolwiek to nie było. Mniej więcej tak:



A ja jak widać na załączonym obrazu miałam mało 'trekingowe' buty :)



W każdym razie udało nam się dotrzeć na górę cało i zdrowo. Buty - przetrwały, ale są w stanie krytycznym ;)

Krater był jak już mówiłam zapierający dech w piersiach. Na szczęście było gorąco a woda sprzyjała więc nie omieszkaliśmy zaczerpnąć trochę kąpieli w wulkanicznym jeziorze:



Było cudownie:)Oprócz tego że zjarałam się na buraka. Porządnego buraka.

Podróż powrotna była równie ciekawa - w lokalnym autobusie z tubylcami ;) I Sito - Siwa chciała poczytać im horoskopy, ale nie miała akurat przy sobie Joya ;)



To na tyle z pierwszej naszej podróży po Filipinach :) W następnym poście napiszę o szkole, która jest mega hiper przezajebista. Serio :)

poniedziałek, 13 września 2010

everything is different

no więc, ekhm, oficjalnie, bloga pisać, czas zacząć! :)

Zachęcam do regularnego odwiedzania ale uprzedzam że mogę nieregularnie pisać, but anyway - everyone is invited!!!

Tak więc zacznę od kilku prostych spostrzeżeń o Filipinach.

=> Filipiny są INNE :)
=> Filipiny są piękne, a Filipińczycy przemili (niezależnie od tego czy jest to kobieta, czy mężczyzna, czy both of them:))
=> Filipiny są troszkę śmierdzące - wilgotność jest potworna, a w połączeniu z gorącem i lekko betonowym miastem efekt jest brzydkopachnący (pachnący również częstokroć sosem sojowym ;))
=> Manila jest WIELKA. Slumsy są wszędzie. Niekończące się slumsy...
=> Makati - coś jakby district of Manila - jest miastem wieżowców. Nie zaznasz tu slumsów. Jest to prawdopodobnie jedyne takie miejsce na Filipinach. Takie państwo w państwie. Taki mały Hong Kong. Tutaj właśnie mamy uczelnię i tutaj będziemy mieszkać (w jednym z tych wieżowców z widokiem na inne wieżowce)

Nasza uczelnia - Asian Institute of Management jest znana w całej Azji. Jest to jeden z najstarszych uniwerków tu (1960 bueheh;p). Jest tu mnóóóstwo Hindusów (80%), którzy robią MBA, Bardzo sobie chwalą. Są mega otwarci, zagadują, nie patrzą się dziwnie (jak dobrze...) i są całkiem normalni ;]
Co do ludzi z wymiany to hoho, mam tu całkiem niezły przegląd obcokrajowców :) Z Niemiec, Austrii, Francji, Belgii, Włoch, Indii, Meksyku... Jak Niemcy zaczynają między sobą gadać - damn it nie rozumiem!!! :(:(:( Ale na szczęście nie muszę z nimi gadać po niemiecku. W sumie to w ogóle nie muszę z nimi gadać, bo ciągle pijemy litrowego Red Horse po 4 zł i jest GIT =)


Mój towarzysz niedoli:)

Wczoraj tak właśnie spędzałam wieczór (i w sumie poranek też), natomiast przedwczoraj mieliśmy przejażdżkę po mieście z miejscowym tubylcem, Miguelem, który generalnie jest bardzo fajny, i pali trawę ;) All the time!
Zabrał nas do zajebistej knajpy, gdzie przynosisz swoje żarcie a oni ci przygotowują :) Seriously. Jest tu gigantyczny targ z masakryczną ilością krewetek, krabów, homarów, kalmarów i innych stworzeń, które będą się Wam przyglądać na talerzu. Po prostu wybierasz to na co tylko masz pragnienie, zanosisz do baru, i dostajesz na talerzu. Mistrz! Zdjęcia uplouduje :)
Zaszliśmy też do 'ordinary' restaurant z tajskim żarciem, które również było baardzo smaczne - mieliśmy wyżerkę za 70 zł na 6 osób (w tym 3 facetów!).

Wniosek - jedzenie na Filipinach = dobrze + tanio :)






Z naszymi couchsurferami :)

Niestety nie możemy jeszcze znaleźć mieszkania...Chyba jesteśmy zbyt wybredni. Basen, sauna, piękny widok, 3 pokoje...huh, ciężko znaleźć takie coś za rozsądną cenę :)
Uczelnia zaczyna się w następny poniedziałek, więc nic na razie nie mogę napisać o przedmiotach czy profesorach, ale nie martwcie się, na pewno to zrobię!!!:)

Póki co, zbieram się i idę do China Town na chinola :D