środa, 15 grudnia 2010

Bum bum? Tajlandia vol 2

Tajlandia... piękny kraj, a jakże! A jakie piękne dziewczyny! A jacy piękni chłopcy!
Tacy oni wszyscy piękni, że aż trudno ich odróżnić...

Bo nie jedną historię słyszałam o tym, jak to biały wielki mężczyzna z Zachodu pocałował piękną tajską niewiastę, która jak się moi drodzy mili domyślacie była w rzeczywistości pięknym tajskim chłopcem.

Tak, tak się dzieje w państwie tajskim.

Dobra. Ładne plaże. To trzeba im oddać. Ludzie bardzo sympatyczni też. Jedzenie - cudowne!
Ale takiego natłoku lady-boyów, prostytutek, transwestytów, pań do towarzystwa i wszystkiego co można sobie wymarzyć - to jeszcze nie widziałam w moim krótkim życiu! A może mało widziałam, nie wiem...

Trudno. To nie moja broszka. Na szczęście seks-turystką (albo sexpatką inaczej) nie jestem (Boże uchowaj!!!), więc nie zaprzątam sobie tym głowy. Z resztą w sumie nie wiem czym się tak bulwersuje. Bo przecież Filipiny są ponoć druga top-destynacją po Tajlandii jeśli chodzi o sex-turyzm.

Wróćmy do meritum. Czyli nasze podróżowanie:)
Po (nie)zapomnianym Koh Samed wróciłyśmy do Bangkoku, zostawiając sobie dni kilka na zwiedzanie i ogarnięcie się przed Birmą.
Nocleg miałyśmy zapewniony - u naszego kumpla z SGHu Florka (Florku jeśli to czytasz to jeszcze raz dziękujemy;-)).
Flo jest polskim expatem :) Pracuje od 1,5 roku w Nestle. Mieszka w super zajebistym condo w centrum z widokiem na cały Bangkok. Nestle mu opłaca rachunki ;-) Na szczęście nie sfiksował jeszcze totalnie i udostępnia czasem swoje mieszkanko co poniektórym backpackerom - couchsurferom (takim jak my:)). Chwała mu za to.

Wracając.
Jako że miałyśmy bardzo mało czasu w Bangkoku, to jeden dzień zwiedzałyśmy miasto, a resztę ogarniałyśmy sprawy związane z podróżą do Birmy oraz zakupy :)

Bangkok jest ogromnym miastem (6,6 mln ludzi). A ogromne miasta mają to do siebie, że są betonowe. I brzydkie:) Ponadto w BKKu są niesamowite korki. Nigdzie nie widziałam czegoś takiego. I śmieszne jest też to, że komunikacja miejska (a konkretnie metro naziemne) kosztuje tyle samo w zasadzie co taksówka. Z tym że jedzie dwa razy szybciej. Tak więc większość osób jednak wybiera metro. Ewentualnie mototaksówki stanowią rozwiązanie.

Ciekawostką jest również nazwa stolicy Tajlandii.

Otóż pełna nazwa Bangkoku w języku tajskim to: Krung Thep Mahanakhon Amon Rattanakosin Mahinthara Ayuthaya Mahadilok Phop Noppharat Ratchathani Burirom Udomratchaniwet Mahasathan Amon Piman Awatan Sathit Sakkathattiya Witsanukam Prasit.

W wolnym tłumaczeniu oznacza ona: Miasto aniołów, wielkie miasto, wieczny klejnot, niezdobyte miasto boga Indry, wspaniała stolica świata wspomaganego przez dziewięć pięknych skarbów, miasto szczęśliwe, obfitujące w ogromny Pałac Królewski, który przypomina niebiańskie miejsce gdzie rządzi zreinkarnowany bóg, to miasto dane przez Indrę, zbudowane przez Vishnukarna.

:)

Tak więc sama nazwa Bangkok rozpropagowana została przez Europejczyków i właściwie funkcjonuje wyłącznie poza Tajlandią :)
A to też dlatego że Tajlandia jest naprawdę zalana przez zachodnich turystów. I co ciekawe, jako jedyny kraj w regionie, Tajlandia (dawne Królestwo Syjamu) nigdy nie była skolonizowana!
Problem jest tylko taki (tzn ja widzę ten problem, pewnie Tajowie go nie widzą;)), że ok - jako kraj nieskolonizowany Tajlandia przez setki lat mogła kultywować tradycje i być 'nie skalana' przez ludzi zachodu. Jednak to, co się dzieje tam teraz, można, wg mnie, swobodnie nazwać kolonizacją, tylko trochę w innym wymiarze. Bo Tajlandia jest już bardzo skomercjalizowana, w porównaniu do innych państw Azji Południowo-Wschodniej. Nastawiona na bogatych turystów z Zachodu. Oferująca piękne plaże. I piękne Tajki.

Tzn przyznam się szczerze, że patrzę się na to a) z żeńskiego punktu widzenia (bo tak naprawdę dziewczyny w Tajlandii nie mają czego szukać, oprócz w zasadzie tylko samego wypoczynku, b) zobaczyłyśmy z Siwą raczej komercyjne części - Koh Samed, Ko Panghan, no i sam Bangkok... Nie zdecydowałyśmy się na "off the beaten track". No bo nie było i czasu...

Tak więc proszę się nie kierować moim spaczonym poniekąd spojrzeniem i jak najbardziej ruszyć tyłek do Tajlandii ;-)

Jest bowiem jeszcze jedna, z perspektywy kieszeni ludzi młodych, bardzo ważna rzecz!

Otóż bilety do Bangkoku można znaleźć już poniżej 2 tys zł! A z Bangkoku to już naprawdę wszędzie można się dostać:) Tak więc BKK jest miastem wyjątkowo przyjaznym dla backpackerów: niskie ceny, dobra lokalizacja, pyszne jedzenie, fajne imprezy. Chociażby dlatego warto tam się wybrać:)

To by jednak brzmiało zbyt głupkowato, gdybym pochwaliła Bangkok tylko za ów cechy. Bangkok jest też miastem, w którym, jak to ładnie można ująć, historia i tradycja przeplatają się z nowoczesnością. I widać to na każdym kroku. I tak naprawdę dużo można tam zwiedzić. Nam nie było dane zostać tam długo, bo zdecydowałyśmy że większą część naszego tripu poświęcimy na Birmę. Czego oczywiście nie żałuję:)

Zobaczyłyśmy jednak najważniejsze zabytki.

Jejku ale się rozpisałam ;) Dobra, trochę fotek, co by nie było tak szaro i smutno:)

- Wielki Pałac Królewski zbudowany pod koniec XVIII wieku oraz Wat Phra Kaew - czyli Świątynia Szmaragdowego Buddy









- Złota czedi



- Wat Pho - czyli Świątynia Leżącego Buddy (tzw Reclining Buddha)
... naprawdę duży i naprawdę dużo waży :)






- Chakri Mahaprasad Hall - pałac w stylu włoskiego odrodzenia













A poniżej mniej-zabytkowe widoczki:

- nocna panorama Bangkoku (widok z okna mieszkania Florka)


- Khao San Road - mekka backpackerów - tanie hostele, jedzenie, mnóstwo ciuchów i różne śmieszne bibeloty do kupienia



- a na koniec nasza ulubiona czynność - jedzenie Hinduskich przysmaków w doborowym towarzystwie :D





- a także granie w JENGĘ :) bardzo pasjonujące!



Tym miłym akcentem kończymy tą część podróży. Wracamy na ostaniego browka do Florka. Po drodze jemy w burżujskiej knajpie, płacąc w ce cha u jot kasy - za tyle mogłybyśmy się żywić w Birmie przez tydzień:P). Ale zostałyśmy zaproszone. Nikt nie mówił że będzie lekko :)

Tak więc nasz krótki epizod w Tajlandii dobiega końca (nie bójcie się, ciąg dalszy [Tajlandii] nastąpi). A tymczasem. Birma. Czyli:

Ahoj przygodo!

wtorek, 14 grudnia 2010

W poszukiwnaiu Lucky'ego. Czyli Tajlandia vol.1

Udało się.
Dotarłyśmy z Hanoi do Bangkoku bez przeszkód (bo i imprezy również nie było) ;)
Plan na najbliższe dni - chill out na jakiejś ładniej tajskiej wyspie, potem Bangkok. A 16 grudnia wyruszamy do Birmy!
Ale od początku.

10 grudnia wylądowałyśmy w Bangkoku. Miałyśmy do wyboru - zostać tam, w bardzo betonowym mieście, albo poopalać się gdzieś daleko na plaży. Wybrałyśmy opcję drugą rzecz jasna. Okazało się, że znajomi Siwej będą w tym samym czasie na Koh Samed - malukiej wyspie na południe od Bangkoku. Tak więc i my postanowiłyśmy się tam wybrać.
Nie myśląc zbyt długo i intensywnie, wpakowałyśmy się do metra z lotniska i wysiadłyśmy na centralnej stacji w poszukiwaniu busika na Koh Samed. Już wtedy pojawiły się pierwsze problemy jako że NIE wszyscy Tajowie rozmawiają w jakże dzikim języku jakim jest angielski.
No ale nic, trochę na migi, trochę pokazując na mapie, udało nam się dorwać jakiegoś minivana który za 5 minut wyruszał w kilkugodzinną podróż na Koh Samed. Po 6h jazdy wysiadłyśmy trochę na ślepo (bo kierowca również nie rozumiał) gdzieś w małym portowym miasteczku, z którego to miałyśmy odpłynąć łodzią już na wyspę. Trochę nam to zajęło zanim znalazłyśmy odpowiednią przystań, ale w końcu się udało. Kupiłyśmy bilety i grzecznie czekałyśmy na naszą łodkę. Jest! Po 40 minutach wreszcie coś przypłynęło. No to hop. Nasza radość nie trwała jednak długo, gdyż po 5 minutach okazało się że musimy się przesiąść do innej łodzi, nieco mniej komfortowej. Wszystko byłoby ok gdyby nie fakt, że musieliśmy się przesiadać już na środku morza, a my, dzielne backpackerki, miałyśmy na plecach ogromne plecaki ;-) No i jak zawsze wyszła na jaw moja niepełnosprytność, bo o mało podczas owego "przesiadania się" nie sturlałam się razem ze wszystkimi bagażami do wody :)

Potem było już tylko z górki - dostałyśmy instrukcje od Chris (koleżanki Siwej): zielony takso tuk-tuk i chatki ao phai huts. I jesteśmy.

Kolejne dni upłynęły pod znakiem:
- dobrego jedzenia
- dobrego picia
- dobrego plażowania
- dobrych imprez
- dobrego jedzenia
- dobrego picia
- dobrego plażowania
- dobrych imprez

:)

Tak właśnie.

A teraz fotek kilka na otarcie łez po jakże krótkim i mało treściwym wpisie ;-) :

- dobre jedzenie


- dobre picie


- dobre plażowanie


- dobre imprezy



- dobre jedzenie


- dobre picie


- dobre plażowanie


- dobre imprezy


Koniec, dziękuję. Polecam i pozdrawiam, Piotr Fronczewski.

PS. Aha, nie wyjaśniłam tytułu posta. Lucky była to postać, o której usłyszałyśmy od niejakiej Kat - naszej towarzyszki podróży z Wietnamu. Lucky był mężczyzną. Był znany (ponoć) na całej wyspie. Z dwóch przyczyn. Miał super ciało jako że trudnił się miotaniem ognia. Ale również (ponoć) miał piercing w bardzo zacnym miejscu. Dzięki czemu kobiety doprowadzał do szaleństwa (ponoć).
Mieszkańcy wyspy o nim słyszeli. Jednak nie udało nam się odnaleźć Luckiego. Mało kto odnajduje takie szczęście ;)

piątek, 10 grudnia 2010

Buy from me! Wietnam - odsłona 2

Tiger Airways Singapore - Hanoi

7 rano. Najlepsza pora aby lecieć prosto po udanej imprezie do Wietnamu. Siwa się zbeiła, więc musiałam się nią opiekować jak małym dzieciątkiem =) (zasypiała w każdym możliwym miejscu: łóżko u Kunala => taksa => plac dla dzieci na lotnisku => kolumna przed check-inem => check-in => kanapa na bezcłówce => samolot! ) Hehehehe.

W każdym razie, szczęśliwie wylądowałyśmy w Hanoi. Uffka. Temperatura spoko, bez sensacji. Pierwsza rzecz jaka mnie uderzyła to... kompletny brak znajomości angielskiego. Zero komunikacji. Na lotnisku chciałam się zapytać ile kosztuje visa fee, a w officie nie wiedzieli nic, zero, nul!!! Bez szans. No ale dobra, zagryzam zęby i jedziemy dalej.
Hanoi. Łapiemy minibusa z lotniska do centrum, który miał nas podwieźć do umówionego przez nas hostelu, ale niestety nasze oczekiwania, że Wietnamczycy zrobią to co się z nimi ustali, były chyba zbyt wygórowane. Bus wyrzucił nas na ulicy i powiedział, że hostel jest zaraz za rogiem. A co się później okazało z mapy - był kompletnie w innym miejscu. Tak więc z naszymi wielkimi backpackami wyruszyłyśmy w poszukiwaniu taniego noclegu. No i po 20 minutach łażenia - v'oila! 5 dolków, internet free, happy hours a w zasadzie free hours - piwo darmo od 20 do 21. To hostel Central Backpackers Hanoi - naprawdę polecam! http://centralbackpackershostel.com/

Miejsce pełne młodych ludzi, tętniące życiem, sympatyczna obsługa. Tutaj tez poznałyśmy naszą dalszą towarzyszkę podróży. Niejaką Kat. Z Seattle. Postać bardzo ciekawa. Ale o tym za chwilę.

Ale najpierw pierwsze wrażenia z Hanoi. Hmm. Hmm. Hmmmm. Miasto pełne motocykli :) miasto ciekawe, aczkolwiek każdy tutaj bym powiedziała jest zajęty sobą i troszczy się tylko o siebie. Chociażby te motocykle. Każdy jeździ jak chce, kiedy chce i gdzie chce. Nie ma za bardzo jakichś zasad. Jeśli masz jednokierunkową ulicę, to i tak trzeba się 3 razy obejrzeć zanim zrobisz krok naprzód. Nie ukrywam, że kilka razy mało nie skończyłam życia pod takim motorbajkiem, gdyby nie nasza towarzyszka podróży Francuzka Anne, która chyba z sześć razy mnie chwyciła w ostatnim momencie =)


o, motorbikes. loads of motorbikes!

Fajnie jest natomiast zgubić się na kilka chwil i zatopić w gęstwinę wietnamskich ulic - pooglądać stragany, zjeść lokalne przysmaki, przyjrzeć się lokalsom. Kolejne spostrzeżenie (już raczej o całym Wietnamie i Wietnamczykach) jest takie, że tutaj wszyscy się czymś trudnią. Albo siedzą na ulicach, na małych kolorowych stołeczkach, coś sprzedają, albo handlują gdzieś na marketach.


na przykład o tak


i tak


albo tak


a czasem też tak :)

Podobno w Wietnamie jest bardzo bardzo niska stopa bezrobocia. I to widać szczególnie na ulicach. No cóż, bardzo szanuję za to narodowość wietnamską, niemniej jednak nie ukrywam, że po pewnym czasie irytacja i nerwica była u nas wszechobecna, gdyż każdy, dosłownie każdy chciał ci coś opchnąć!!! Tylko w kółko: banana, pineapple, cheap, cheap! Lady!!! banana, pineapple, cheap! Nosz przecież to można sobie w łeb palnąć. A najgorsze jest to, że jak odmówisz i podziękujesz to na ciebie wręcz warczą w swoim wietnamskim, okropnie brzmiącym języku, i odwracają się na pięcie! Sick!
No i takie właśnie drobiazgi spowodowały u mnie trochę negatywne odczucie co do Wietnamu. Że ludzie tutaj są po prostu nieprzyjemni. Jak pytasz się ich o coś grzecznie, powoli, po angielsku, to udają że nie słyszą, odpychają cię i idą obrażeni.
Cóż. Może nie trafiłyśmy na odpowiednich ludzi, ale to nie jest moja odosobniona opinia. Wiele osób potwierdza - Wietnamczycy są nieprzyjemni! I już.

No ale wracając do tematu podróży. Chciałyśmy zobaczyć dwie rzeczy: Halong Bay oraz Sapę - tarasy ryżowe. W Hanoi jest miliard agencji turystycznych oferujących zorganizowane podróże między innymi do tych miejsc. Niby Lonely Planet rekomenduje jakieś tam, ale niestety (jak wszędzie) jest tu mnóstwo oszustów i każdy próbuje na tobie zarobić. Tak więc najlepiej jest się po prostu przejść po kilku takich biurach, popytać i wtedy zdecydować. Myśmy wykupiły wycieczkę 3 dniową do Halong Bay za trzydzieści parę dolków, a co się później okazało, ludzie z którymi byłyśmy na łodzi, z którymi jedliśmy to samo jedzenie i generalnie mieliśmy dokładnie takie same warunki, zapłacili np ponad 60! Tak więc nieważne ile się płaciło - i tak zawsze lądowałeś na tej samej łodzi co wszyscy.
Halong Bay samo w sobie było naprawdę ładne, ale myśmy nie mieli pogody i zastała nas jedna wielka mgła. Szkoda...
Natomiast podróż w łodzi wspominam bardzo miło. Zaprzyjaźniłyśmy się szybko ze starszą, bardzo szacowną Angielką, która przyjechała na ślub swojego syna z Wietnamką (tak, tak, ta pani była jedyną osobą z jego strony na ich ślubie:)). Była tzw chain smoker (kiedy odpalasz jednego papierosa za drugim). Interesująca babeczka. A najlepszy motyw był wtedy kiedy nasza Amerykanka Kat (po jakichś 20 minutach) rozmowy zaczęła opowiadać o swoich seksualnych przygodach. W momencie kiedy się zawahała ("I don't know... maybe it's too much of sharing information...") [a w rozmowie uczestniczyłam ja, Siwka, Anne, pani z Anglii i Kat] - nasza Angielka szybko skomentowała - "No, no, go ahead, tell us more!") :D Przynajmniej był ubaw :)


Siwa, łódż, z tyłu Angielka :)


a to ja

W Halong Bay zobaczyliśmy również całkiem dużą i sympatyczną jaskinię,



a także wdrapaliśmy się na jakiś szczyt. Podejście było strome i dość męczące, a widok ekhm ... taki no nie najgorszy...ale też nienadzwyczajny ;) :



Za to piekny widok na Halong Bay był z wejścia do jaskini:



Drugą noc zamiast na łodzi spędziliśmy w hotelu. W tak zwanym międzyczasie poznaliśmy bardzo sympatycznych kolegów z Izraela oraz Belgii. Jeszcze nasze drogi się skrzyżują podczas naszej wyprawy po Azji.... :)


Siwa, ja i Anne



Ja, Wim i mój ukochany backpack

Wieczorem powróciliśmy do ukochanego Hanoi i tego samego dnia, po godzinie spokoju musieliśmy się stawić na dworcu aby z kolei wyruszyć w trasę do Sapy - jedne z najsłynniejszych tarasów ryżowych. Kolejna noc w drodze. To lubię :)
Pociąg był niezgorszy - wagon sypialny, całkiem wygodny. W tą podróż dołączył do nas znajomy z SGHu Jacek, tak więc w 4 osoby mieliśmy (prawie) cały przedział dla siebie. Bo dorzucili nam jeszcze biednego Wietnamczyka. Biednego bo musiał słuchać pisków i hihów hahów zahukanej młodzieży i nawet nie mógł nic z tym zrobić, bo nie znał angielskiego :) Poor guy:)
Po nocy w pociagu wylądowaliśmy w Sapie na dwudniowym trekkingu. Wszystko fajnie, ale czemu tak ku!@#a zimno!?!?! W nocy temperatura zeszła chyba do zera, a my tylko w kurteczkach przeciwdeszczowych... Ogólnie rzecz biorąc pogoda nam w Wietnamie nie chciała dopisać, tak jak w Halong Bay była mgła, to w Sapie było chyba wszystko na raz...łącznie z deszczem, mgłą i przenikliwym zimnem...


Podczas trekkingu

Trekking podczas obu dni był 8 godzinny. No przyznam, nie spieszyliśmy się za bardzo :) Ale było niesamowicie. Klimat jak trochę z jakiejś wojny w Sajgonie. Szliśmy non stop a to przez pola, przez tarasy, przez wioski.

Tarasy ryżowe w pełnej odsłonie

Towarzyszyły nam lokalne dziołchy i nam non stop pomagały bo błoto i warunki atmosferyczne nie sprzyjały skakaniu po górkach jak kozica.

Jacek, Siwa i lokalne dziołchy


Spoko, droga nie będzie taka śliska i zabłocona. Nieee

Oczywiście "there is always a catch" - no i w tym przypadku haczykiem było to że dziewczyny na sam koniec wyciągnęły ze swoich wielkich koszy na plecach mnóstwo różnych bibelotów, bransoletek, torebek. No i się zaczęło... Buy from me buy from me! :) I tak zakupiłam moje pierwsze dwie backpackerskie bransoletki:).
Około 17-18 dotarliśmy mokrzy, brudni, spragnieni i głodni do naszego home staya. Tam już przygotowywało się jedzonko. W zasadzie samo się nie przygotowywało, a robiła ja między innymi holenderska para - również uczestnicy treka. Także zasiedliśmy wspólnie przy wielkim garze i skrobaliśmy marchewki. Sweet :)

oto i nasze marchewki, oraz czosnki. i inne

Wieczorem przyszedł czas na wino ryżowe czyli rice wein vel wise rein :) Nasza Amerykanka Kat zapodała bardzo inteligentną grę pt Chicken Goggles, ktora wygladala mniej wiecej o tak: http://www.youtube.com/watch?v=3tOd8Um_Qts


a to drużyna pierścienia grająca w chicken goggles :)

Brzuch mnie bolał ze śmiechu. serio :) a po kilku głębszych spało się dobrze, aczkolwiek temperatura spadła niemiłosiernie i w nocy się obudziłam z zamrożonym uchem (bo tylko to jedno ucho mi wystawało spod wielkiej grubej kapy) - a potem w Tajlandii dostałam zapalenia ucha. Więc nie ma przebacz...

Z Sapy wróciliśmy znowu do Hanoi (nie omieszkam dodać że co poniektórzy nie myli się 4 dni :D (ale spoko nie my z Siwką:P). W Hanoi jeszcze dnia następnego coś pozwiedzałyśmy (m.in. Mauzoleum cudownego Ho Chi Minha) i 10 grudnia z rana miałyśmy lot do Bangkoku.

Ta-dah!

Było super. Zwłaszcza w Sapie. Ale z perspektywy jak bym miała wybierać, to niekoniecznie pojechałabym do Wietnamu. Prędzej do Laosu. Ale może jeszcze bedzie mi dane przyjechać tam raz jeszcze i 'odpowiednio' odkryć i poznać wietnamską kulturę.

A tymczasem. Tajlandia!

środa, 1 grudnia 2010

South East Asia - odsłona pierwsza

AirphilExpress: Manila - Singapore

Pakuję manaty i komu w drogę, temu trampki!
Pierwszy stop -> Singapur! W podróży towarzyszy mi Wojtek, który jak się potem okaże znajdzie fortunę na jednej z singapurskich ulic.
W Singu oczywiście urzęduje nie kto inny jak towarzysz Siwiec. Ale ja mam aż dwie opcje noclegu - jedna u Siwej (ale daleko i niewygodnie), a druga to znajomy, którego poznałam na Boracay - Kunal, prawnik finansowy z Indii, pracujący i podróżujący po całym świecie. Ma ładne mieszkanie - na 20 piętrze w wieżowcu w samym centrum Singapuru. Hmm...czemu by nie skorzystać? :) Tak zrobię.


Gosia i Marina Bay


Gosia i skyscraper city

Ok. Pierwszy wieczór w Singu - spotykamy się z Siwą, jej znajomym. Idziemy do knajpy w słynnym Clarke Quay. PIORUŃSKO drogo!!! Mnóstwo białych, potwornie sztucznie. Nie, to nie są Filipiny, tak, to jest Singapur, nie, nie chciałabym tu mieszkać.
Tzn znowuż też bez przesady. Nie jest aż tak tragicznie :p No ale te ceny...
No nic, idziemy na piwo i wracamy. Nie stać mnie na imprezę. Sorry.


Clarke Quay nocą


Kunal z beczką piwa za które daliśmy 200 singdolców :>


Dzień kolejny. Zwiedzamy miasto. Idę z Wojtkiem na lunch. Aha. O Wojtku. Wojtek wracając wczoraj z imprezy (nie omieszkał zostać nieco dłużej... A wracając znalazł centralnie na środku chodnika, w samym centrum Singa, banknoty różne - z Chin, Hong Kongu, Tajwanu itd - o równowartości jakichś 600 zł!). Kurde, niektórzy to mają szczęście. Pojechał na shopping do Kuala Lumpur. ;)

Wracając do tematu. Zwiedzamy miasto, widzimy się z ziomami Siwej, których poznała na Bali - Lloyd i Eric - jak to mawiał Lloyd - GOOD PEOPLE! tak. zdecydowanie dobrzy ludzie...



od lewej: Lloyd, Siwa, Eric i Wojtek

Jeszcze kilka moich drobnych spostrzeżeń o Sing Sing:
- brak koszy na śmieci (co najwyżej w 7-eleven) - ale i tak jest to najczystsze miasto w jakim kiedykolwiek byłam!
- nie można palić na ulicach, ani nigdzie (tylko w wyznaczonych do tego celu miejscach), a za rzucenie peta - wysoka kara!
- mandaty są za wszystko co tylko można sobie wyobrazić (aczkolwiek ani razu nie widziałam tu policjanta, w przeciwieństwie do Filipin, gdzie każdy budynek jest strzeżony przez niby ochroniarza, z karabinem)
- jest gorąco i wilgotnie. ale to żadna nowość jak na Azję
- jest mnóstwo Expatów!
- jak dla mnie jest to takie państwo-miasto. ale takie bez życia, bez historii - nie mają nawet starówki. no bo jak można mieć starówkę z historią kraju sięgającą 50 lat...


jak to mówią Singapore is a FINE city ;)

Wracajac do tematu... Wieczorem idziemy na imprezę (surprise surprise!). Bawimy się prawie że do białego rana, hmm do 5 czy 6. Bo o 8 mamy lot do Hanoi! Siwa ledwo stoi na nogach, a ja ją muszę zbierać na lotnisku hehe. Ale impreza dobra była!

Żegnamy Singapur (bye bye Sing Sing, I didn't fell in love with you, but you are okay, though :))

Let's see Hanoi!