7 rano. Najlepsza pora aby lecieć prosto po udanej imprezie do Wietnamu. Siwa się zbeiła, więc musiałam się nią opiekować jak małym dzieciątkiem =) (zasypiała w każdym możliwym miejscu: łóżko u Kunala => taksa => plac dla dzieci na lotnisku => kolumna przed check-inem => check-in => kanapa na bezcłówce => samolot! ) Hehehehe.
W każdym razie, szczęśliwie wylądowałyśmy w Hanoi. Uffka. Temperatura spoko, bez sensacji. Pierwsza rzecz jaka mnie uderzyła to... kompletny brak znajomości angielskiego. Zero komunikacji. Na lotnisku chciałam się zapytać ile kosztuje visa fee, a w officie nie wiedzieli nic, zero, nul!!! Bez szans. No ale dobra, zagryzam zęby i jedziemy dalej.
Hanoi. Łapiemy minibusa z lotniska do centrum, który miał nas podwieźć do umówionego przez nas hostelu, ale niestety nasze oczekiwania, że Wietnamczycy zrobią to co się z nimi ustali, były chyba zbyt wygórowane. Bus wyrzucił nas na ulicy i powiedział, że hostel jest zaraz za rogiem. A co się później okazało z mapy - był kompletnie w innym miejscu. Tak więc z naszymi wielkimi backpackami wyruszyłyśmy w poszukiwaniu taniego noclegu. No i po 20 minutach łażenia - v'oila! 5 dolków, internet free, happy hours a w zasadzie free hours - piwo darmo od 20 do 21. To hostel Central Backpackers Hanoi - naprawdę polecam! http://centralbackpackershostel.com/
Miejsce pełne młodych ludzi, tętniące życiem, sympatyczna obsługa. Tutaj tez poznałyśmy naszą dalszą towarzyszkę podróży. Niejaką Kat. Z Seattle. Postać bardzo ciekawa. Ale o tym za chwilę.
Ale najpierw pierwsze wrażenia z Hanoi. Hmm. Hmm. Hmmmm. Miasto pełne motocykli :) miasto ciekawe, aczkolwiek każdy tutaj bym powiedziała jest zajęty sobą i troszczy się tylko o siebie. Chociażby te motocykle. Każdy jeździ jak chce, kiedy chce i gdzie chce. Nie ma za bardzo jakichś zasad. Jeśli masz jednokierunkową ulicę, to i tak trzeba się 3 razy obejrzeć zanim zrobisz krok naprzód. Nie ukrywam, że kilka razy mało nie skończyłam życia pod takim motorbajkiem, gdyby nie nasza towarzyszka podróży Francuzka Anne, która chyba z sześć razy mnie chwyciła w ostatnim momencie =)

o, motorbikes. loads of motorbikes!
Fajnie jest natomiast zgubić się na kilka chwil i zatopić w gęstwinę wietnamskich ulic - pooglądać stragany, zjeść lokalne przysmaki, przyjrzeć się lokalsom. Kolejne spostrzeżenie (już raczej o całym Wietnamie i Wietnamczykach) jest takie, że tutaj wszyscy się czymś trudnią. Albo siedzą na ulicach, na małych kolorowych stołeczkach, coś sprzedają, albo handlują gdzieś na marketach.

na przykład o tak

i tak

albo tak

a czasem też tak :)
Podobno w Wietnamie jest bardzo bardzo niska stopa bezrobocia. I to widać szczególnie na ulicach. No cóż, bardzo szanuję za to narodowość wietnamską, niemniej jednak nie ukrywam, że po pewnym czasie irytacja i nerwica była u nas wszechobecna, gdyż każdy, dosłownie każdy chciał ci coś opchnąć!!! Tylko w kółko: banana, pineapple, cheap, cheap! Lady!!! banana, pineapple, cheap! Nosz przecież to można sobie w łeb palnąć. A najgorsze jest to, że jak odmówisz i podziękujesz to na ciebie wręcz warczą w swoim wietnamskim, okropnie brzmiącym języku, i odwracają się na pięcie! Sick!
No i takie właśnie drobiazgi spowodowały u mnie trochę negatywne odczucie co do Wietnamu. Że ludzie tutaj są po prostu nieprzyjemni. Jak pytasz się ich o coś grzecznie, powoli, po angielsku, to udają że nie słyszą, odpychają cię i idą obrażeni.
Cóż. Może nie trafiłyśmy na odpowiednich ludzi, ale to nie jest moja odosobniona opinia. Wiele osób potwierdza - Wietnamczycy są nieprzyjemni! I już.
No ale wracając do tematu podróży. Chciałyśmy zobaczyć dwie rzeczy: Halong Bay oraz Sapę - tarasy ryżowe. W Hanoi jest miliard agencji turystycznych oferujących zorganizowane podróże między innymi do tych miejsc. Niby Lonely Planet rekomenduje jakieś tam, ale niestety (jak wszędzie) jest tu mnóstwo oszustów i każdy próbuje na tobie zarobić. Tak więc najlepiej jest się po prostu przejść po kilku takich biurach, popytać i wtedy zdecydować. Myśmy wykupiły wycieczkę 3 dniową do Halong Bay za trzydzieści parę dolków, a co się później okazało, ludzie z którymi byłyśmy na łodzi, z którymi jedliśmy to samo jedzenie i generalnie mieliśmy dokładnie takie same warunki, zapłacili np ponad 60! Tak więc nieważne ile się płaciło - i tak zawsze lądowałeś na tej samej łodzi co wszyscy.
Halong Bay samo w sobie było naprawdę ładne, ale myśmy nie mieli pogody i zastała nas jedna wielka mgła. Szkoda...
Natomiast podróż w łodzi wspominam bardzo miło. Zaprzyjaźniłyśmy się szybko ze starszą, bardzo szacowną Angielką, która przyjechała na ślub swojego syna z Wietnamką (tak, tak, ta pani była jedyną osobą z jego strony na ich ślubie:)). Była tzw chain smoker (kiedy odpalasz jednego papierosa za drugim). Interesująca babeczka. A najlepszy motyw był wtedy kiedy nasza Amerykanka Kat (po jakichś 20 minutach) rozmowy zaczęła opowiadać o swoich seksualnych przygodach. W momencie kiedy się zawahała ("I don't know... maybe it's too much of sharing information...") [a w rozmowie uczestniczyłam ja, Siwka, Anne, pani z Anglii i Kat] - nasza Angielka szybko skomentowała - "No, no, go ahead, tell us more!") :D Przynajmniej był ubaw :)

Siwa, łódż, z tyłu Angielka :)

a to ja
W Halong Bay zobaczyliśmy również całkiem dużą i sympatyczną jaskinię,

a także wdrapaliśmy się na jakiś szczyt. Podejście było strome i dość męczące, a widok ekhm ... taki no nie najgorszy...ale też nienadzwyczajny ;) :

Za to piekny widok na Halong Bay był z wejścia do jaskini:

Drugą noc zamiast na łodzi spędziliśmy w hotelu. W tak zwanym międzyczasie poznaliśmy bardzo sympatycznych kolegów z Izraela oraz Belgii. Jeszcze nasze drogi się skrzyżują podczas naszej wyprawy po Azji.... :)

Siwa, ja i Anne

Ja, Wim i mój ukochany backpack
Wieczorem powróciliśmy do ukochanego Hanoi i tego samego dnia, po godzinie spokoju musieliśmy się stawić na dworcu aby z kolei wyruszyć w trasę do Sapy - jedne z najsłynniejszych tarasów ryżowych. Kolejna noc w drodze. To lubię :)
Pociąg był niezgorszy - wagon sypialny, całkiem wygodny. W tą podróż dołączył do nas znajomy z SGHu Jacek, tak więc w 4 osoby mieliśmy (prawie) cały przedział dla siebie. Bo dorzucili nam jeszcze biednego Wietnamczyka. Biednego bo musiał słuchać pisków i hihów hahów zahukanej młodzieży i nawet nie mógł nic z tym zrobić, bo nie znał angielskiego :) Poor guy:)
Po nocy w pociagu wylądowaliśmy w Sapie na dwudniowym trekkingu. Wszystko fajnie, ale czemu tak ku!@#a zimno!?!?! W nocy temperatura zeszła chyba do zera, a my tylko w kurteczkach przeciwdeszczowych... Ogólnie rzecz biorąc pogoda nam w Wietnamie nie chciała dopisać, tak jak w Halong Bay była mgła, to w Sapie było chyba wszystko na raz...łącznie z deszczem, mgłą i przenikliwym zimnem...

Podczas trekkingu
Trekking podczas obu dni był 8 godzinny. No przyznam, nie spieszyliśmy się za bardzo :) Ale było niesamowicie. Klimat jak trochę z jakiejś wojny w Sajgonie. Szliśmy non stop a to przez pola, przez tarasy, przez wioski.

Tarasy ryżowe w pełnej odsłonie
Towarzyszyły nam lokalne dziołchy i nam non stop pomagały bo błoto i warunki atmosferyczne nie sprzyjały skakaniu po górkach jak kozica.

Jacek, Siwa i lokalne dziołchy

Spoko, droga nie będzie taka śliska i zabłocona. Nieee
Oczywiście "there is always a catch" - no i w tym przypadku haczykiem było to że dziewczyny na sam koniec wyciągnęły ze swoich wielkich koszy na plecach mnóstwo różnych bibelotów, bransoletek, torebek. No i się zaczęło... Buy from me buy from me! :) I tak zakupiłam moje pierwsze dwie backpackerskie bransoletki:).
Około 17-18 dotarliśmy mokrzy, brudni, spragnieni i głodni do naszego home staya. Tam już przygotowywało się jedzonko. W zasadzie samo się nie przygotowywało, a robiła ja między innymi holenderska para - również uczestnicy treka. Także zasiedliśmy wspólnie przy wielkim garze i skrobaliśmy marchewki. Sweet :)

oto i nasze marchewki, oraz czosnki. i inne
Wieczorem przyszedł czas na wino ryżowe czyli rice wein vel wise rein :) Nasza Amerykanka Kat zapodała bardzo inteligentną grę pt Chicken Goggles, ktora wygladala mniej wiecej o tak: http://www.youtube.com/watch?v=3tOd8Um_Qts

a to drużyna pierścienia grająca w chicken goggles :)
Brzuch mnie bolał ze śmiechu. serio :) a po kilku głębszych spało się dobrze, aczkolwiek temperatura spadła niemiłosiernie i w nocy się obudziłam z zamrożonym uchem (bo tylko to jedno ucho mi wystawało spod wielkiej grubej kapy) - a potem w Tajlandii dostałam zapalenia ucha. Więc nie ma przebacz...
Z Sapy wróciliśmy znowu do Hanoi (nie omieszkam dodać że co poniektórzy nie myli się 4 dni :D (ale spoko nie my z Siwką:P). W Hanoi jeszcze dnia następnego coś pozwiedzałyśmy (m.in. Mauzoleum cudownego Ho Chi Minha) i 10 grudnia z rana miałyśmy lot do Bangkoku.
Ta-dah!
Było super. Zwłaszcza w Sapie. Ale z perspektywy jak bym miała wybierać, to niekoniecznie pojechałabym do Wietnamu. Prędzej do Laosu. Ale może jeszcze bedzie mi dane przyjechać tam raz jeszcze i 'odpowiednio' odkryć i poznać wietnamską kulturę.
A tymczasem. Tajlandia!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz