Tacy oni wszyscy piękni, że aż trudno ich odróżnić...
Bo nie jedną historię słyszałam o tym, jak to biały wielki mężczyzna z Zachodu pocałował piękną tajską niewiastę, która jak się moi drodzy mili domyślacie była w rzeczywistości pięknym tajskim chłopcem.
Tak, tak się dzieje w państwie tajskim.
Dobra. Ładne plaże. To trzeba im oddać. Ludzie bardzo sympatyczni też. Jedzenie - cudowne!
Ale takiego natłoku lady-boyów, prostytutek, transwestytów, pań do towarzystwa i wszystkiego co można sobie wymarzyć - to jeszcze nie widziałam w moim krótkim życiu! A może mało widziałam, nie wiem...
Trudno. To nie moja broszka. Na szczęście seks-turystką (albo sexpatką inaczej) nie jestem (Boże uchowaj!!!), więc nie zaprzątam sobie tym głowy. Z resztą w sumie nie wiem czym się tak bulwersuje. Bo przecież Filipiny są ponoć druga top-destynacją po Tajlandii jeśli chodzi o sex-turyzm.
Wróćmy do meritum. Czyli nasze podróżowanie:)
Po (nie)zapomnianym Koh Samed wróciłyśmy do Bangkoku, zostawiając sobie dni kilka na zwiedzanie i ogarnięcie się przed Birmą.
Nocleg miałyśmy zapewniony - u naszego kumpla z SGHu Florka (Florku jeśli to czytasz to jeszcze raz dziękujemy;-)).
Flo jest polskim expatem :) Pracuje od 1,5 roku w Nestle. Mieszka w super zajebistym condo w centrum z widokiem na cały Bangkok. Nestle mu opłaca rachunki ;-) Na szczęście nie sfiksował jeszcze totalnie i udostępnia czasem swoje mieszkanko co poniektórym backpackerom - couchsurferom (takim jak my:)). Chwała mu za to.
Wracając.
Jako że miałyśmy bardzo mało czasu w Bangkoku, to jeden dzień zwiedzałyśmy miasto, a resztę ogarniałyśmy sprawy związane z podróżą do Birmy oraz zakupy :)
Bangkok jest ogromnym miastem (6,6 mln ludzi). A ogromne miasta mają to do siebie, że są betonowe. I brzydkie:) Ponadto w BKKu są niesamowite korki. Nigdzie nie widziałam czegoś takiego. I śmieszne jest też to, że komunikacja miejska (a konkretnie metro naziemne) kosztuje tyle samo w zasadzie co taksówka. Z tym że jedzie dwa razy szybciej. Tak więc większość osób jednak wybiera metro. Ewentualnie mototaksówki stanowią rozwiązanie.
Ciekawostką jest również nazwa stolicy Tajlandii.
Otóż pełna nazwa Bangkoku w języku tajskim to: Krung Thep Mahanakhon Amon Rattanakosin Mahinthara Ayuthaya Mahadilok Phop Noppharat Ratchathani Burirom Udomratchaniwet Mahasathan Amon Piman Awatan Sathit Sakkathattiya Witsanukam Prasit.
W wolnym tłumaczeniu oznacza ona: Miasto aniołów, wielkie miasto, wieczny klejnot, niezdobyte miasto boga Indry, wspaniała stolica świata wspomaganego przez dziewięć pięknych skarbów, miasto szczęśliwe, obfitujące w ogromny Pałac Królewski, który przypomina niebiańskie miejsce gdzie rządzi zreinkarnowany bóg, to miasto dane przez Indrę, zbudowane przez Vishnukarna.
:)
Tak więc sama nazwa Bangkok rozpropagowana została przez Europejczyków i właściwie funkcjonuje wyłącznie poza Tajlandią :)
A to też dlatego że Tajlandia jest naprawdę zalana przez zachodnich turystów. I co ciekawe, jako jedyny kraj w regionie, Tajlandia (dawne Królestwo Syjamu) nigdy nie była skolonizowana!
Problem jest tylko taki (tzn ja widzę ten problem, pewnie Tajowie go nie widzą;)), że ok - jako kraj nieskolonizowany Tajlandia przez setki lat mogła kultywować tradycje i być 'nie skalana' przez ludzi zachodu. Jednak to, co się dzieje tam teraz, można, wg mnie, swobodnie nazwać kolonizacją, tylko trochę w innym wymiarze. Bo Tajlandia jest już bardzo skomercjalizowana, w porównaniu do innych państw Azji Południowo-Wschodniej. Nastawiona na bogatych turystów z Zachodu. Oferująca piękne plaże. I piękne Tajki.
Tzn przyznam się szczerze, że patrzę się na to a) z żeńskiego punktu widzenia (bo tak naprawdę dziewczyny w Tajlandii nie mają czego szukać, oprócz w zasadzie tylko samego wypoczynku, b) zobaczyłyśmy z Siwą raczej komercyjne części - Koh Samed, Ko Panghan, no i sam Bangkok... Nie zdecydowałyśmy się na "off the beaten track". No bo nie było i czasu...
Tak więc proszę się nie kierować moim spaczonym poniekąd spojrzeniem i jak najbardziej ruszyć tyłek do Tajlandii ;-)
Jest bowiem jeszcze jedna, z perspektywy kieszeni ludzi młodych, bardzo ważna rzecz!
Otóż bilety do Bangkoku można znaleźć już poniżej 2 tys zł! A z Bangkoku to już naprawdę wszędzie można się dostać:) Tak więc BKK jest miastem wyjątkowo przyjaznym dla backpackerów: niskie ceny, dobra lokalizacja, pyszne jedzenie, fajne imprezy. Chociażby dlatego warto tam się wybrać:)
To by jednak brzmiało zbyt głupkowato, gdybym pochwaliła Bangkok tylko za ów cechy. Bangkok jest też miastem, w którym, jak to ładnie można ująć, historia i tradycja przeplatają się z nowoczesnością. I widać to na każdym kroku. I tak naprawdę dużo można tam zwiedzić. Nam nie było dane zostać tam długo, bo zdecydowałyśmy że większą część naszego tripu poświęcimy na Birmę. Czego oczywiście nie żałuję:)
Zobaczyłyśmy jednak najważniejsze zabytki.
Jejku ale się rozpisałam ;) Dobra, trochę fotek, co by nie było tak szaro i smutno:)
- Wielki Pałac Królewski zbudowany pod koniec XVIII wieku oraz Wat Phra Kaew - czyli Świątynia Szmaragdowego Buddy




- Złota czedi

- Wat Pho - czyli Świątynia Leżącego Buddy (tzw Reclining Buddha)
... naprawdę duży i naprawdę dużo waży :)


- Chakri Mahaprasad Hall - pałac w stylu włoskiego odrodzenia






A poniżej mniej-zabytkowe widoczki:
- nocna panorama Bangkoku (widok z okna mieszkania Florka)

- Khao San Road - mekka backpackerów - tanie hostele, jedzenie, mnóstwo ciuchów i różne śmieszne bibeloty do kupienia

- a na koniec nasza ulubiona czynność - jedzenie Hinduskich przysmaków w doborowym towarzystwie :D


- a także granie w JENGĘ :) bardzo pasjonujące!

Tym miłym akcentem kończymy tą część podróży. Wracamy na ostaniego browka do Florka. Po drodze jemy w burżujskiej knajpie, płacąc w ce cha u jot kasy - za tyle mogłybyśmy się żywić w Birmie przez tydzień:P). Ale zostałyśmy zaproszone. Nikt nie mówił że będzie lekko :)
Tak więc nasz krótki epizod w Tajlandii dobiega końca (nie bójcie się, ciąg dalszy [Tajlandii] nastąpi). A tymczasem. Birma. Czyli:
Ahoj przygodo!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz