wtorek, 14 grudnia 2010

W poszukiwnaiu Lucky'ego. Czyli Tajlandia vol.1

Udało się.
Dotarłyśmy z Hanoi do Bangkoku bez przeszkód (bo i imprezy również nie było) ;)
Plan na najbliższe dni - chill out na jakiejś ładniej tajskiej wyspie, potem Bangkok. A 16 grudnia wyruszamy do Birmy!
Ale od początku.

10 grudnia wylądowałyśmy w Bangkoku. Miałyśmy do wyboru - zostać tam, w bardzo betonowym mieście, albo poopalać się gdzieś daleko na plaży. Wybrałyśmy opcję drugą rzecz jasna. Okazało się, że znajomi Siwej będą w tym samym czasie na Koh Samed - malukiej wyspie na południe od Bangkoku. Tak więc i my postanowiłyśmy się tam wybrać.
Nie myśląc zbyt długo i intensywnie, wpakowałyśmy się do metra z lotniska i wysiadłyśmy na centralnej stacji w poszukiwaniu busika na Koh Samed. Już wtedy pojawiły się pierwsze problemy jako że NIE wszyscy Tajowie rozmawiają w jakże dzikim języku jakim jest angielski.
No ale nic, trochę na migi, trochę pokazując na mapie, udało nam się dorwać jakiegoś minivana który za 5 minut wyruszał w kilkugodzinną podróż na Koh Samed. Po 6h jazdy wysiadłyśmy trochę na ślepo (bo kierowca również nie rozumiał) gdzieś w małym portowym miasteczku, z którego to miałyśmy odpłynąć łodzią już na wyspę. Trochę nam to zajęło zanim znalazłyśmy odpowiednią przystań, ale w końcu się udało. Kupiłyśmy bilety i grzecznie czekałyśmy na naszą łodkę. Jest! Po 40 minutach wreszcie coś przypłynęło. No to hop. Nasza radość nie trwała jednak długo, gdyż po 5 minutach okazało się że musimy się przesiąść do innej łodzi, nieco mniej komfortowej. Wszystko byłoby ok gdyby nie fakt, że musieliśmy się przesiadać już na środku morza, a my, dzielne backpackerki, miałyśmy na plecach ogromne plecaki ;-) No i jak zawsze wyszła na jaw moja niepełnosprytność, bo o mało podczas owego "przesiadania się" nie sturlałam się razem ze wszystkimi bagażami do wody :)

Potem było już tylko z górki - dostałyśmy instrukcje od Chris (koleżanki Siwej): zielony takso tuk-tuk i chatki ao phai huts. I jesteśmy.

Kolejne dni upłynęły pod znakiem:
- dobrego jedzenia
- dobrego picia
- dobrego plażowania
- dobrych imprez
- dobrego jedzenia
- dobrego picia
- dobrego plażowania
- dobrych imprez

:)

Tak właśnie.

A teraz fotek kilka na otarcie łez po jakże krótkim i mało treściwym wpisie ;-) :

- dobre jedzenie


- dobre picie


- dobre plażowanie


- dobre imprezy



- dobre jedzenie


- dobre picie


- dobre plażowanie


- dobre imprezy


Koniec, dziękuję. Polecam i pozdrawiam, Piotr Fronczewski.

PS. Aha, nie wyjaśniłam tytułu posta. Lucky była to postać, o której usłyszałyśmy od niejakiej Kat - naszej towarzyszki podróży z Wietnamu. Lucky był mężczyzną. Był znany (ponoć) na całej wyspie. Z dwóch przyczyn. Miał super ciało jako że trudnił się miotaniem ognia. Ale również (ponoć) miał piercing w bardzo zacnym miejscu. Dzięki czemu kobiety doprowadzał do szaleństwa (ponoć).
Mieszkańcy wyspy o nim słyszeli. Jednak nie udało nam się odnaleźć Luckiego. Mało kto odnajduje takie szczęście ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz