Ach, ach, ach... Ach Boracay...
Od czego tu zacząć... Może od zdjęcia? :>

W zasadzie to powinnam umieścić tylko zdjęcia i dopisać parę zdań pod spodem, ale postaram się jednak (ku potomnym) rozszerzyć trochę wpis o jakąś minimalną chociaż treść :>
No więc nasza przygoda z Boracay rozpoczęła się w czwartek 28 października. Ja od samego rana (jeszcze przed samym lotem) miałam już atrakcje bo dostałam potwornej swędzącej wysypki i chciałam jechac do szpitala - tak, tak, pare osób od nas z wymiany zachorowało kilka dni wcześniej na DENGĘ (która może być w niektórych przypadkach śmiertelna), a jednym z objawów jest właśnie wysypka ;-). Także nie ukrywam że trochę scykorzyłam;-) W końcu jednak do szpitala nie dotarłam bo bym nie zdążyła na samolot (w końcu Boracay ważniejsze! ;)). A tak na poważnie to czułam się bardzo dobrze, więc nie było aż takich silnych argumentów przemawiających za rezygnacją ze wspaniałej niezapomnianej przygody na jednej z najpiękniejszych plaż świata!
Dotarliśmy do przytulnego "resortu"(hostelu) pod nazwą Frendz, gdzie czekał nas Welcome Drink i napis na wejściowej tablicy "Welcome Marta and her Friends" :)
Poniżej pierwsze zdjęcia z ów hostelu:


Co ciekawe zastał nas dość spory deszcz, więc pierwszy wieczór na plaży spędziliśmy m.in. na przeskakiwaniu z jednego parasola pod drugi. Całkiem fajnie:) Ponadto, mieliśmy wyśmienitą ucztę z niekończącym się krewetkami, krabami, kalmarami i ostrygami za jedyne 20zł :)

Piątek spędziliśmy niesamowicie leniwie, wygrzewając się na plaży, kąpiąc w lazurowej wodzie i popijając owocowe koktajle. Co tu więcej pisać...:



Nie ukrywam, że mieliśmy niepohamowaną żądzę robienia sobie różnych dziwnych zdjęć, więc ostatecznie na karcie miałam kilkadziesiąt zdjęć moich, Marty, Mansura i innych, w przeróżnych pozach i kombinacjach:) :



Wieczór spędziliśmy w doborowym towarzystwie: ja, Marta, Mansur (znajomy z AIMu) i przyjaciel Mansura (prawnik z Singapuru:)). Całkiem fajny ;-) oraz resztą znajomych z uczelni (było nas chyba 18 osób...)

Miejsce o nazwie Bom Bom było niesamowite! Pyszne jedzenie, tani alkohol i świetna muzyka (live band). O tym alkoholu to nie omieszkam wspomnieć bo do 20.00 była happy hour i za 100 pesos dostawało się dwa drinki. 100 pesos czyli 7 zł. W Warszawie za tyle to można co najwyżej piwo kupić! A te drinki to nie było piwo... :P
Bom Bom, jak z resztą wszystkie inne knajpy, było nad samą plażą, co nie pozostawiało innej możliwości jak wykąpać się w morzu o 3 w nocy. Toż to też zrobiliśmy! Woda jak supa =)
Dzień kolejny (sobota) upłynął pod znakiem wieeeelkiej przygody i szaleństwa, z jednej prostej przyczyny: Cliff Diving, czyli skoki z klifu. Najwyższy punkt miał ok 60 stóp, czyli ok 20 metrów.
Have a look:

Oczywiscie powinnam ocenzurować to co zrobiłam, ale NIE! Zdecydowanie cieszę się że skoczyłam i za nic nie żałuję! Skoczyłam z 25 stóp czyli ok 8m. Polecam, Piotr Fronczewski.

:)

Jakie to uczucie?
Nie myśli się za dużo... Bo jak bym myślała zbyt dużo nad tym skoczyć czy nie skoczyć to na pewno bym tego nie zrobiła. Krok w przód i spadasz :) Za pierwszym razem, jak widać na załączonych obrazkach chyba ze stresu "usiadłam" - nie byłam w stanie wyprostować nóg, i spadłam na tyłek, co oczywiście nie było zbyt radosnym przeżyciem, ale zawzięłam się że muszę wyprostować nogi i za trzecim razem (o dziwo z wyższej wysokości, z tej deski drewnianej co widać na poprzednich zdjęciach) skoczyłam i wyprostowałam nogi. I to było przeżycie zajebiste. Po prostu mistrzowskie.
Oczywiscie cała wycieczka była zorganizowana (to miejsce również było znane z cliff divingu, i robiło na tym chyba niezłą kasę...), w każdym razie mieliśmy "all-in" , jedzenie, picie, do wyboru do koloru. A najbardziej mi się podobało, jak siedzieliśmy sobie na tratwie, widać mnie tam gdzieś na dole:

i do tratwy dopłynął wpłat jeden z obsługujących nas Filipińczyków z pojemnikiem pełnym zimnych San Miguelów, a potem, robiąc druga rundkę, przypłynął (oczywiście również wpław) z pieczonymi bananami (wyobraźcie sobie kelnera u Szwejka z wielką tacką pełną sznycli wiedeńskich - tak właśnie wyglądał ten Filipińczyk tylko że zamiast chodzić po ziemi - przypłynął do nas pół-żabką;)).
MISTRZ!

Zatem kolejny dzień upłynął pod znakiem chill-outu, wielu przygód oraz fajnej zabawy w doborowym towarzystwie (płynąc do cliff-diving point poznaliśmy parę Kanadyjczyków, z którymi doskanale bawiliśmy się cały dzień.
W niedzielę załapaliśmy się na Halloween Party - pierwszy raz w życiu miałam okazję oglądać tak wiele osób poprzebieranych - od małych bachorów po wiekowych staruszków ;-)



W niedzielę postanowiliśmy również się nieco pokolorować z Martą i Mansurem, i oto co z tego wyszło:

All in all, weekend na Boracay muszę zaliczyć do jednych z lepszych wyjazdów a moim życiu.
...It was pretty much unforgettable...
Aby trochę zatrzymać czas - zrobiłam krótki filmik:
Best weekend ever!