wtorek, 30 listopada 2010

Last Call

Tak więc mój cudowny i niezapomniany pobyt na Filipinach dobiegł końca. Ostatnie dni upłynęły pod znakiem pożegnalnych imprez, zdjęć, rozmów i wspominania ostatnich 3 miesięcy.
Nie mam co tu ściemniać. Wymiana na Filipinach to była najlepsza rzecz jaka mogła mnie spotkać. Nigdy nie zamieniłabym tego na jakiekolwiek inne miejsce. To, co stworzyło tak niepowtarzalny klimat to przede wszystkim ludzie, których poznałam na swojej drodze. Bynajmniej nie byli to tylko Filipińczycy. W zasadzie to przez ostatnie 3 miesiące w moim życiu zagościli Hindusi i Hinduski. Tak, tak. Nie ma co ukrywać, Hindusi pochodzący z całych Indii, Hindusi bystrzy, zabawni, niesamowicie gościnni, a co poniektórzy - przystojni :D

Mieszkając z Martą w akademiku i będąc jednymi białymi osobami tamże, otworzyłyśmy sobie drogę do eksploracji tegoż wielkiego i jakże kontrastowego kraju - Indii. A dlaczego? Bo na tą chwilę poznałam i zaprzyjaźniłam się z tyloma Hindusami i Hinduskami, że spokojnie mogę polecieć do Delhi, Bombaju czy Bangalore, nie martwiąc się, że zgubię się w tłumie. Bo teraz, w każdym zakątku Indii mam dobrych znajomych, od których dostałam setki zaproszeń "Gosia, just buy a ticket and call me. I'll be there. Don't worry about anything else" (Mansur Ali Khan). Tak więc wiem teraz na pewno - moją następną dużą wycieczką będą na 100% - INDIE!

A teraz trochę fotek... :)



najbliżsi znajomi



ja z moją najlepszą współlokatorką - Martą!



Our Last CP Call



Mansur



Sandy



Georgie



Zarik



Rahul vel Rob / Square pants



Deep



Chirag



Deep, Niranjan i Denise

Teraz jednak czas pożegnać się z AIMem, z ludźmi, z którymi żyłam przez ostatnie 3 miesiące.

Czas wyruszyć w dalszą podróż! Do zobaczenia, gdzieś w Azji! :)

piątek, 26 listopada 2010

Perfect Palawan

Wypad na Palawan, w odróżnieniu od Boracay, był bardzo spokojnym, odprężającym, rozmyślunkowym wyjazdem. Doświadcznie na pewno inne, mniej rozrywkowe, acz równie niezapomnianie. Niezapomniane w kontekście wszystkich cudownych widoków, niekomercyjnych miejsc, przepysznego jedzenia, bezludnych wysp i błekitnej wody...
Zdecydowanie nie był to tak szalony weekend jak Boracay, ale równie długo pozostanie mi w pamięci, a już na pewno te widoki...które skromnie starałam się uchwycić moim
małym Nikonkiem... ;-)

Let's see...:








Ale od początku...

Akurat się fajnie złożyło, bo: a) chciałam jechać na Palawan (a wszyscy znajomi planowali podróż w grudniu) b) Maciek - mój znajomy z SGHu będący akurat na wymianie w Tajwanie chciał również przyjechać na Filipiny na weekend c) moi kolejni znajomi z SGHu już zaplanowali Filipiny - jako jedna z ich podróży dookoła Simgapuru:P (również exchange students;-))

No więc tym sposobem wszyscy wylądowalismy na Palawanie 12 listopada. Palawan nie jest tak turystyczny jak Boracay - moze i dobrze bo jakby zaczęli tu masowo zjawiać sie wszyscy ci okropni biali turyści zaśmiecający wszystko wokół to wszelaka dzikość i piękno tego miejsca odeszłyby dawno w zapomnienie...
Palawan generalnie jest chyba jednym z najmniej rozwiniętych regionów (wysp) Filipin - nawet samo El Nido, które jest najbardziej popularne wśród przyjezdnych, wygląda nieco jak mała wioska rybacka...
Jest sporo miejsc noclegowych, kilka przytulnych knajpek, kilka sklepów... And that's it! Ale mówię, wcale mnie to jakoś nie martwi...

My z MAćkiem przyjechaliśmy w piątek z samego rana. Bus zabierający nas z Puerto Princessa (capital) do El Nido był umówiony przeze mnie parę dni wcześniej. Oczywiście jako że mamy Filipino Time to bus umówiony na 9 przyjechał o 10. (i czekaliśmy dopóki się cały nie zapełni do ostatniego rozkładanego siedzonka bez oparcia:P)
Ale co tam, przecież to Filipiny! :D

Po 6h krętej i dymiącej drogi dotarliśmy do El Nido. Nasz accommodation był również już wcześniej umówiony, ale przez cały pobyt ani pod koniec, nie mieliśmy przyjemności poznać właścicielki chatki, która zapewniła nam taki oto widok z tarasu:




Fajnie, nie? :-)

To były trzy very peaceful cottages, o których wiedzieli tylko wybrańcy ;-) Także trafiliśmy w dziesiątkę!

Wieczorem wybraliśmy się do super knajpki o nazwie Ric Sons, gdzie oprócz fajnej muzyki na żywo, serwowali wyśmienite dania --> nie omieszkałam wybrać dla siebie moje ulubione połączenie: schrimps and garlic:)

Pyyychaa!!!

Noc spędziliśmy na balkonie gadając o naszych podróżach i popijając słynnym rumem Tanduayem i colą (więcej rumu niż coli, bo rum tańszy niż cola ;-p).




Ale następnego dnia trzeba było wstać... na island hopping, czyli tzw skakanie po wyspach. Przez cały dzień pływaliśmy po cudownych zatoczkach i wyspkach archipelagu Bacuit, gdzie nie mogę nie wspomnieć, ze jeden z Bondów był tu kręcony, a mianowicie "tomorrow never dies" (Jutro nie umiera nigdy, coś w tym stylu?).

I tak oto stałam się świadkiem jednego z najpiękniejszych miejsc na ziemi...





Tego się nie da nawet opisać, to po prostu trzeba samemu zobaczyć...i doświadczyć.

Tak więc sobota upłynęła pod znakiem island hoppingu, natomiast niedziela - kayak hoppingu (mój wymysł;p).

Wypożyczyliśmy z Maćkiem całkiem zgrabny kajak, którym niezbyt zgrabnie przemieszczaliśmy się z wyspy na wyspę (w zasadzie tylko na dwie wypy dopłynęliśmy:P). Bo resztę czasu spędzilismy wygrzewając się pod palmą. Dosłownie.... :)






No i tym miłym akcentem zakończę mojego posta na dziś, gdyż zbieram się na pożegnalną imprezę exchangeów. Smutno. Bardzo smutno...

Ale jeszcze się odezwę! Soon!

sobota, 6 listopada 2010

Bora, Bora, Boracay!

Ach, ach, ach... Ach Boracay...

Od czego tu zacząć... Może od zdjęcia? :>



W zasadzie to powinnam umieścić tylko zdjęcia i dopisać parę zdań pod spodem, ale postaram się jednak (ku potomnym) rozszerzyć trochę wpis o jakąś minimalną chociaż treść :>

No więc nasza przygoda z Boracay rozpoczęła się w czwartek 28 października. Ja od samego rana (jeszcze przed samym lotem) miałam już atrakcje bo dostałam potwornej swędzącej wysypki i chciałam jechac do szpitala - tak, tak, pare osób od nas z wymiany zachorowało kilka dni wcześniej na DENGĘ (która może być w niektórych przypadkach śmiertelna), a jednym z objawów jest właśnie wysypka ;-). Także nie ukrywam że trochę scykorzyłam;-) W końcu jednak do szpitala nie dotarłam bo bym nie zdążyła na samolot (w końcu Boracay ważniejsze! ;)). A tak na poważnie to czułam się bardzo dobrze, więc nie było aż takich silnych argumentów przemawiających za rezygnacją ze wspaniałej niezapomnianej przygody na jednej z najpiękniejszych plaż świata!
Dotarliśmy do przytulnego "resortu"(hostelu) pod nazwą Frendz, gdzie czekał nas Welcome Drink i napis na wejściowej tablicy "Welcome Marta and her Friends" :)

Poniżej pierwsze zdjęcia z ów hostelu:




Co ciekawe zastał nas dość spory deszcz, więc pierwszy wieczór na plaży spędziliśmy m.in. na przeskakiwaniu z jednego parasola pod drugi. Całkiem fajnie:) Ponadto, mieliśmy wyśmienitą ucztę z niekończącym się krewetkami, krabami, kalmarami i ostrygami za jedyne 20zł :)



Piątek spędziliśmy niesamowicie leniwie, wygrzewając się na plaży, kąpiąc w lazurowej wodzie i popijając owocowe koktajle. Co tu więcej pisać...:





Nie ukrywam, że mieliśmy niepohamowaną żądzę robienia sobie różnych dziwnych zdjęć, więc ostatecznie na karcie miałam kilkadziesiąt zdjęć moich, Marty, Mansura i innych, w przeróżnych pozach i kombinacjach:) :





Wieczór spędziliśmy w doborowym towarzystwie: ja, Marta, Mansur (znajomy z AIMu) i przyjaciel Mansura (prawnik z Singapuru:)). Całkiem fajny ;-) oraz resztą znajomych z uczelni (było nas chyba 18 osób...)



Miejsce o nazwie Bom Bom było niesamowite! Pyszne jedzenie, tani alkohol i świetna muzyka (live band). O tym alkoholu to nie omieszkam wspomnieć bo do 20.00 była happy hour i za 100 pesos dostawało się dwa drinki. 100 pesos czyli 7 zł. W Warszawie za tyle to można co najwyżej piwo kupić! A te drinki to nie było piwo... :P
Bom Bom, jak z resztą wszystkie inne knajpy, było nad samą plażą, co nie pozostawiało innej możliwości jak wykąpać się w morzu o 3 w nocy. Toż to też zrobiliśmy! Woda jak supa =)

Dzień kolejny (sobota) upłynął pod znakiem wieeeelkiej przygody i szaleństwa, z jednej prostej przyczyny: Cliff Diving, czyli skoki z klifu. Najwyższy punkt miał ok 60 stóp, czyli ok 20 metrów.
Have a look:



Oczywiscie powinnam ocenzurować to co zrobiłam, ale NIE! Zdecydowanie cieszę się że skoczyłam i za nic nie żałuję! Skoczyłam z 25 stóp czyli ok 8m. Polecam, Piotr Fronczewski.



:)



Jakie to uczucie?

Nie myśli się za dużo... Bo jak bym myślała zbyt dużo nad tym skoczyć czy nie skoczyć to na pewno bym tego nie zrobiła. Krok w przód i spadasz :) Za pierwszym razem, jak widać na załączonych obrazkach chyba ze stresu "usiadłam" - nie byłam w stanie wyprostować nóg, i spadłam na tyłek, co oczywiście nie było zbyt radosnym przeżyciem, ale zawzięłam się że muszę wyprostować nogi i za trzecim razem (o dziwo z wyższej wysokości, z tej deski drewnianej co widać na poprzednich zdjęciach) skoczyłam i wyprostowałam nogi. I to było przeżycie zajebiste. Po prostu mistrzowskie.

Oczywiscie cała wycieczka była zorganizowana (to miejsce również było znane z cliff divingu, i robiło na tym chyba niezłą kasę...), w każdym razie mieliśmy "all-in" , jedzenie, picie, do wyboru do koloru. A najbardziej mi się podobało, jak siedzieliśmy sobie na tratwie, widać mnie tam gdzieś na dole:



i do tratwy dopłynął wpłat jeden z obsługujących nas Filipińczyków z pojemnikiem pełnym zimnych San Miguelów, a potem, robiąc druga rundkę, przypłynął (oczywiście również wpław) z pieczonymi bananami (wyobraźcie sobie kelnera u Szwejka z wielką tacką pełną sznycli wiedeńskich - tak właśnie wyglądał ten Filipińczyk tylko że zamiast chodzić po ziemi - przypłynął do nas pół-żabką;)).

MISTRZ!



Zatem kolejny dzień upłynął pod znakiem chill-outu, wielu przygód oraz fajnej zabawy w doborowym towarzystwie (płynąc do cliff-diving point poznaliśmy parę Kanadyjczyków, z którymi doskanale bawiliśmy się cały dzień.

W niedzielę załapaliśmy się na Halloween Party - pierwszy raz w życiu miałam okazję oglądać tak wiele osób poprzebieranych - od małych bachorów po wiekowych staruszków ;-)





W niedzielę postanowiliśmy również się nieco pokolorować z Martą i Mansurem, i oto co z tego wyszło:



All in all, weekend na Boracay muszę zaliczyć do jednych z lepszych wyjazdów a moim życiu.
...It was pretty much unforgettable...

Aby trochę zatrzymać czas - zrobiłam krótki filmik:



Best weekend ever!