Zdecydowanie nie był to tak szalony weekend jak Boracay, ale równie długo pozostanie mi w pamięci, a już na pewno te widoki...które skromnie starałam się uchwycić moim
małym Nikonkiem... ;-)
Let's see...:
Ale od początku...
Akurat się fajnie złożyło, bo: a) chciałam jechać na Palawan (a wszyscy znajomi planowali podróż w grudniu) b) Maciek - mój znajomy z SGHu będący akurat na wymianie w Tajwanie chciał również przyjechać na Filipiny na weekend c) moi kolejni znajomi z SGHu już zaplanowali Filipiny - jako jedna z ich podróży dookoła Simgapuru:P (również exchange students;-))
No więc tym sposobem wszyscy wylądowalismy na Palawanie 12 listopada. Palawan nie jest tak turystyczny jak Boracay - moze i dobrze bo jakby zaczęli tu masowo zjawiać sie wszyscy ci okropni biali turyści zaśmiecający wszystko wokół to wszelaka dzikość i piękno tego miejsca odeszłyby dawno w zapomnienie...
Palawan generalnie jest chyba jednym z najmniej rozwiniętych regionów (wysp) Filipin - nawet samo El Nido, które jest najbardziej popularne wśród przyjezdnych, wygląda nieco jak mała wioska rybacka...
Jest sporo miejsc noclegowych, kilka przytulnych knajpek, kilka sklepów... And that's it! Ale mówię, wcale mnie to jakoś nie martwi...
My z MAćkiem przyjechaliśmy w piątek z samego rana. Bus zabierający nas z Puerto Princessa (capital) do El Nido był umówiony przeze mnie parę dni wcześniej. Oczywiście jako że mamy Filipino Time to bus umówiony na 9 przyjechał o 10. (i czekaliśmy dopóki się cały nie zapełni do ostatniego rozkładanego siedzonka bez oparcia:P)
Ale co tam, przecież to Filipiny! :D
Po 6h krętej i dymiącej drogi dotarliśmy do El Nido. Nasz accommodation był również już wcześniej umówiony, ale przez cały pobyt ani pod koniec, nie mieliśmy przyjemności poznać właścicielki chatki, która zapewniła nam taki oto widok z tarasu:
Fajnie, nie? :-)
To były trzy very peaceful cottages, o których wiedzieli tylko wybrańcy ;-) Także trafiliśmy w dziesiątkę!
Wieczorem wybraliśmy się do super knajpki o nazwie Ric Sons, gdzie oprócz fajnej muzyki na żywo, serwowali wyśmienite dania --> nie omieszkałam wybrać dla siebie moje ulubione połączenie: schrimps and garlic:)
Pyyychaa!!!
Noc spędziliśmy na balkonie gadając o naszych podróżach i popijając słynnym rumem Tanduayem i colą (więcej rumu niż coli, bo rum tańszy niż cola ;-p).
Ale następnego dnia trzeba było wstać... na island hopping, czyli tzw skakanie po wyspach. Przez cały dzień pływaliśmy po cudownych zatoczkach i wyspkach archipelagu Bacuit, gdzie nie mogę nie wspomnieć, ze jeden z Bondów był tu kręcony, a mianowicie "tomorrow never dies" (Jutro nie umiera nigdy, coś w tym stylu?).
I tak oto stałam się świadkiem jednego z najpiękniejszych miejsc na ziemi...
Tego się nie da nawet opisać, to po prostu trzeba samemu zobaczyć...i doświadczyć.
Tak więc sobota upłynęła pod znakiem island hoppingu, natomiast niedziela - kayak hoppingu (mój wymysł;p).
Wypożyczyliśmy z Maćkiem całkiem zgrabny kajak, którym niezbyt zgrabnie przemieszczaliśmy się z wyspy na wyspę (w zasadzie tylko na dwie wypy dopłynęliśmy:P). Bo resztę czasu spędzilismy wygrzewając się pod palmą. Dosłownie.... :)
No i tym miłym akcentem zakończę mojego posta na dziś, gdyż zbieram się na pożegnalną imprezę exchangeów. Smutno. Bardzo smutno...
Ale jeszcze się odezwę! Soon!
Gocha ratujesz tym wpisem nudny dzień w robocie :)
OdpowiedzUsuń