Wczoraj zaczęły się zajęcia. Ale o tym za chwilę. Najpierw słów parę o naszym tripie do Mt Pinatubo - wulkan który wybuchł ostatnio w 1991 i erupcja była tak silna ze prawie rozwaliła górę w pół. I tam właśnie powstało jezioro.

Po prostu cudo. Ale najlepsza w tym wszystkim była sama podróż. Bo gdybyśmy dotarli tam w godzinę, to chyba nie docenilibyśmy piękna tego wulkanu. A więc wyruszyliśmy w sobotę skacowani po dobrej imprezie (Siwa Wam może co nieco opowiedzieć;P) - a właśnie: Siwiec przyjechał w piątek i chyba się całkiem zadomowił:P No więc wyruszyliśmy w sobotę, wyjechanie z zakorkowanej Manili zajęło nam jakieś 1,5h, a potem było już tylko z górki. Dotarliśmy do małej miejscowości Capas, gdzie białego człowieka nie widziano chyba dawno, a dzieci nie odstępowały nas na krok. Stamtąd pojechaliśmy tricyklami do kolejnej wiochy, z której to oficjalnie juz mieliśmy tripa z przewodnikiem do Mt Pinatubo. Podróż tricyklem polecam każdemu :)

Późnym wieczorem dotarliśmy do goszczącej nas rodzinki - ludzi tak przemiłych że chciało się tam zostać dłużej i mogłabym nich tyle napisać ale niestety czas mnie ogranicza a także wasze możliwości czytelnicze:P
Na szczyt wulkanu trzeba było jechać jeepem z przewodnikiem, a wycieczkę wykupić od jakiegoś koreańskiego biura. Na miejscu przywitała nas niezwykle przemiła małpa, która znienawidziła mnie od razu, a ja ją w sumie też ;) Raz się nawet na mnie rzuciła ale niestety zatrzymał ją łańcuch i małpiszon zadyndał w powietrzu;)

Jeepy były świetne ale... rzekomo na szczyt można było spokojnie wejść w tzw slippers czy flip flops czyli najprostszych na świecie japonkach. Tak więc ekipa wybrała się w sandałach, a ja w takich porządniejszych japonkach. Niestety jednak tak szybko jak wysiedliśmy z jeepa okazało się że ścieżka nie jest usłana różami, a raczej kamieniami, kamulcami, eratykami czy czymkolwiek to nie było. Mniej więcej tak:

A ja jak widać na załączonym obrazu miałam mało 'trekingowe' buty :)

W każdym razie udało nam się dotrzeć na górę cało i zdrowo. Buty - przetrwały, ale są w stanie krytycznym ;)
Krater był jak już mówiłam zapierający dech w piersiach. Na szczęście było gorąco a woda sprzyjała więc nie omieszkaliśmy zaczerpnąć trochę kąpieli w wulkanicznym jeziorze:

Było cudownie:)Oprócz tego że zjarałam się na buraka. Porządnego buraka.
Podróż powrotna była równie ciekawa - w lokalnym autobusie z tubylcami ;) I Sito - Siwa chciała poczytać im horoskopy, ale nie miała akurat przy sobie Joya ;)

To na tyle z pierwszej naszej podróży po Filipinach :) W następnym poście napiszę o szkole, która jest mega hiper przezajebista. Serio :)
:),
OdpowiedzUsuńczekamy7 na więcej cycków!
KW.