poniedziałek, 11 października 2010

Surfan w Sun Juan

Tak, tak!
Dwa wpisy jednego dnia. To się chyba nie zdarzy drugi raz:P

No więc tym razem małe co nieco o moim SURFOWANIU :)

W piątek o godzinie 12.00 postanowiliśmy z paczką exchange'ów wybrać się na plażę La Union, po to aby posurfować. Ten pierwszy raz:)

Podróż była długa i trochę nieznośna czyli Filipino time jak zawsze :)
Wyruszyliśmy z Manili busem o 14.00. Po ok godzinie autobus rozkraczył się na środku autostrady. Czekaliśmy kolejne pół godziny. Moi zmyślni koledzy z Niemiec i Belgii postanowili coś zdziałać i wyłamali gałąź z pobliskiego drzewa, ociosali i próbowali nią założyć pasek (nie wiem jaki pasek ale gdzieś blisko silnika jak na załączonym obrazku). W każdym razie porządnie zaczęli dłubać w ogromnym filipińskim silniku.



Ale nic z tego.
W końcu przyjechał kolejny autobus do którego się przetransferowaliśmy.


Koledzy zajęli NAJLEPSZE miejsce a autobusie :) Tzw dostawki ;-)

Przejechaliśmy może z 80 km i znowu się zatrzymaliśmy w jakiejś wiosce. Staliśmy chyba z godzinę. Potem się okazało że jakiś dzieciak rzucił w nas kamieniem i szyba lekko pękła. No więc po godzinie znów musieliśmy się przetransferować do naszego pierwszego autobusu (szczęśliwie został naprawiony).

I późnym wieczorem przybyliśmy do Sam Juan Resort.



Nasza chatka :-) Tzw Willa Deluxe dla 6 osób :-) w praktyce były tam dwa podwójne łóżka i dwa materace :-) Prawie jak kolonie! :D

Klimat świetny, super żarcie, ludzie, miejsce. Oczywiście nie omieszkaliśmy zamówić sobie kilka "buckets of beers" czyli skończyło się jak zawsze - siedzenie do późna ;) Poznaliśmy kilkoro Szwedów i Austriaka, który przyjechał tu jako nauczyciel wynajęty przez jakąś nieźle dzianą rodzinę. Uczył dwójkę małych chłopaków a przy okazji załapał się na podróż dookoła świata, bo rodzinka wpadła m.in. do takich krajów jak USA, Karaiby, Peru, Sri Lanka no i Filipiny. A byli dopiero w połowie drogi... :)


Widoki La Union

Potem poszliśmy się wykąpać (Morze Chińskie, yay!) no i Robert zgubił okulary... :/ Szukaliśmy ich ze dwie godziny i jeszcze następnego dnia, ale niestety bezpowrotnie zapadły w otchłani chińskiego morza...

Sobota upłynęła pod znakiem: nauki surfingu, surfingu, prażenia się na plaży, chillowania się z San Miguelem, jedzeniem filipińskich przysmaków (no może oprócz mnie bo ja zażyczyłam sobie Chop Suey;)), no a wieczorem graliśmy w UNO (takie nasze Makao). Było wyjątkowo sympatycznie :) I pierwszy raz od przyjazdu na Filipiny poszłam spać ... uwaga ... o 21 :D Byliśmy tak zmęczeni po surfowaniu (to jest naprawdę męczący sport!!!), że wypiliśmy colę i sru do łóżka;-)





i tak prawie przez cały dzień... :)

Sam surfing był świetny, co prawda na początku nie potrafiłam nawet wstać, ale po 3 próbach się udało. Tylko nie zdawałam sobie sprawy ze za każdym razem instruktor popycha moją deskę, i przez to nawet nie starałam się wiosłować. A tu się okazało że jak sama próbowałam posurfować to już tak łatwo nie było, bo trzeba było się a) rozpędzić i nabrać prędkość (poprzez porządne wiosłowanie rękami) i i b) wstać w odpowiednim momencie.


Im szło zdeczka lepiej... ;-)

Niestety moje surferskie umiejętności okazały się następnego dnia niewystarczające żeby surfować sama, ale niemniej jednak - co doświadczyłam to moje :D

W niedzielę niestety musieliśmy opuścić to fantastyczne miejsce i wróciliśmy (tym razem bez przeszkód uff) do Makati.

I tym sposobem zaliczyliśmy nasze pierwsze w życiu surfowanie. Było warto!

Do usłyszenia next time! :*

niedziela, 10 października 2010

case for today

I'm really sorry...

Dopiero teraz piszę trzeciego posta, ale uwierzcie mi, miałam mnóstwo nauki!!!

Mam nadzieję że uda mi się jeszcze coś napisać w przeciągu kilku dni bo właśnie wróciłam z surfingu czego oczywiście też nie omieszkam opisać, ale tylko kiedy czas pozwoli - na razie muszę się przygotować na przedmiot pt Treasury Management i przeczytać case o firmie Aluminium Bahrain. (???)

Tak tak kochani, to bynajmniej nie są wakacje!!! Dziś pierwszy raz od dwóch tygodni mam po południe tylko dla siebie :)

Niby wzięłam tylko 5 przedmiotów, które łącznie zajmują jakieś 22 godziny, ale całkowity nakład czasu jaki poświęcam przygotowaniu się do ów zdjęć jest chyba dwa razy większy... Tak więc zeszły tydzień np spędziłam na tzw can meetings, gdzie z moimi współtowarzyszami z danych przedmiotów przygotowywaliśmy prezentacje i inne bajery na następne zajęcia.
Mam też ponadto przedmiot pt Consulting Engagement Cycle, w którym opracowujemy konsultingowe casy i po pierwszej połowie semestru sami będziemy konsultantami. Naszym zadaniem jest znaleźć sobie firmę, której chcielibyśmy świadczyć usługi konsultingowe, dogadać się z nimi, zrobić prezentację itd. Moja grupa jest całkiem aktywna i znalazła już firmę - JICA ( http://www.jica.go.jp/english/ )- japońskie NGO, które wspiera programy rozwojowe na całym świecie (byli tez m.in. w Polsce !!!) i naszym zadaniem jest opracować system monitorujący ich projekty grantowe. Dodam, że już spotkaliśmy się z jednym z managerów, wymieniliśmy wizytówkami itd... :D:D Nie no żartuję, ja wizytówki mu nie dałam, bo takowej (jeszcze!) nie posiadam, ale kto wie...może już niebawem... :)

Nie ma co ukrywać, Asian Institute of Management jest nieporównywalnie inny niż SGH. Nie mówię, że lepszy, ale chyba jednak...jest lepszy... Poziom merytoryczny wykładowców, sposób nauczania, liczba studentów tworzą zupełnie inną atmosferę niż na SGHu. Tutaj każdy zna każdego. Po jednych zajęciach profesor który kończył Harvard, pracował a Krzemowej Dolinie i założył kilka firm, pamiętał moje imię i jak gdyby nigdy nic pyta się za każdym razem co u mnie słychać?!
Jak opowiadam innym studentom AIMu o tym jak jest w Warszawie i np to że nie musimy chodzić na wykłady, że czasem studenci przychodzą pierwszy i ostatni raz na zajęcia kiedy jest egzamin końcowy, to robią wielkie oczy i nie mogą uwierzyć...

No ale cóż. BTW tu jest jakieś 70% Hindusów i już z większością się zaznajomiłam. I muszę przyznać że podróże kształcą i człowiek pozbywa się wszelkich stereotypów. Tzn nie to że miałam jakieś straszne stereotypy na temat Hindusów, ale jednak... Prawda jest też taka, że tu mamy do czynienia z top class Hindusami, bo raczej nie każdego mieszkańca Indii stać na program MBA za 50 tysięcy dolarów. :)

Tak jak pisałam, zajęcia i wykładowcy są bardzo wymagający. Na każde zajęcia trzeba przeczytać "case" i w zasadzie nie wystarczy go przeczytać - trzeba go naprawdę dobrze przeanalizować, żeby być w stanie uczestniczyć w zajęciach. Bo dopiero tzw CP czyli Class Participation jest brane pod uwagę przy ocenie. Niby są też jakieś prezentacje albo mały egzamin na koniec ale one stanowią jakieś 30% oceny. Reszta to właśnie udział w dyskusjach itd. A wykładowcy są bardzo bystrzy i pamiętają, szczególnie nas - exchange'ów, z imienia. Ponadto mamy swoje "nameplate" czyli takie tabliczki z imieniem i nazwiskiem które zawsze kładziemy przed sobą na zajęciach. (Btw jestem Margaret Hejduk ;-)). Oprócz tego że wykładowcy są bystrzy to mamy silną konkurencję głównie ze strony Hindusów, którzy potrafią być naprawdę "competitive" czyli w praktyce non stop się zgłaszają, i jeżeli już nawet uda mi się wymyślić coś sensownego i konstruktywnego co mogę powiedzieć, to niestety już jest za późno, bo któryś z Hindusów powiedział to przede mną!! Wrr!!
Ale taki tryb też ma swoje zalety - akcje reakcja, umiejętność szybkiej riposty, no i przede wszystkim stajemy się bardziej odważni, bo przecież wcale nie tak łatwo jest wypowiadać się przed całą rzeszą studentów gapiących się wraz z profesorem na Ciebie:)

Chyba jeszcze tego nie pisałam, ale mieszkamy z Martą w akademiku => akademik jest na kampusie uczelni => uczelnia jest mała => 2 minuty na zajęcia. Tanio i wygodnie :)
Basen też jest, co prawda nigdy jeszcze się w nim nie kąpałam za dnia, bo zawsze jakoś tak wychodzi że wracamy nad ranem z imprezy i basen jest niesamowitym orzeźwieniem, polecam! :D

Odnośnie imprezowania to polecam wpis Siwej z Filipin, przekonacie się w 100% jak jest u mnie ;).
Ja powoli przyzwyczajam się do takiego trybu życia, ale łatwo nie jest :-)

Ok, na razie tyle. Niebawem napiszę kilka ciekawostek odnośnie mojego surfowania, które odbyłam po raz pierwszy w życiu w ten weekend.

A teraz zabieram się za case'a :)

poniedziałek, 20 września 2010

the man who wore the slippers

Tak więc minęło dokładnie 10 dni od mojego przyjazdu na Filipiny. 10 dni było jak jeden dłuugi dzień. Życie tutaj jest 3 razy szybsze i duuużo ciekawsze niż w Warszawie (sorry Warszawko:P). Nie było jeszcze dnia, w którym nie poznałabym kogoś nowego, nie zjadłabym czegoś innego, nie zobaczyłabym czegoś niespotykanego.

Wczoraj zaczęły się zajęcia. Ale o tym za chwilę. Najpierw słów parę o naszym tripie do Mt Pinatubo - wulkan który wybuchł ostatnio w 1991 i erupcja była tak silna ze prawie rozwaliła górę w pół. I tam właśnie powstało jezioro.



Po prostu cudo. Ale najlepsza w tym wszystkim była sama podróż. Bo gdybyśmy dotarli tam w godzinę, to chyba nie docenilibyśmy piękna tego wulkanu. A więc wyruszyliśmy w sobotę skacowani po dobrej imprezie (Siwa Wam może co nieco opowiedzieć;P) - a właśnie: Siwiec przyjechał w piątek i chyba się całkiem zadomowił:P No więc wyruszyliśmy w sobotę, wyjechanie z zakorkowanej Manili zajęło nam jakieś 1,5h, a potem było już tylko z górki. Dotarliśmy do małej miejscowości Capas, gdzie białego człowieka nie widziano chyba dawno, a dzieci nie odstępowały nas na krok. Stamtąd pojechaliśmy tricyklami do kolejnej wiochy, z której to oficjalnie juz mieliśmy tripa z przewodnikiem do Mt Pinatubo. Podróż tricyklem polecam każdemu :)



Późnym wieczorem dotarliśmy do goszczącej nas rodzinki - ludzi tak przemiłych że chciało się tam zostać dłużej i mogłabym nich tyle napisać ale niestety czas mnie ogranicza a także wasze możliwości czytelnicze:P
Na szczyt wulkanu trzeba było jechać jeepem z przewodnikiem, a wycieczkę wykupić od jakiegoś koreańskiego biura. Na miejscu przywitała nas niezwykle przemiła małpa, która znienawidziła mnie od razu, a ja ją w sumie też ;) Raz się nawet na mnie rzuciła ale niestety zatrzymał ją łańcuch i małpiszon zadyndał w powietrzu;)



Jeepy były świetne ale... rzekomo na szczyt można było spokojnie wejść w tzw slippers czy flip flops czyli najprostszych na świecie japonkach. Tak więc ekipa wybrała się w sandałach, a ja w takich porządniejszych japonkach. Niestety jednak tak szybko jak wysiedliśmy z jeepa okazało się że ścieżka nie jest usłana różami, a raczej kamieniami, kamulcami, eratykami czy czymkolwiek to nie było. Mniej więcej tak:



A ja jak widać na załączonym obrazu miałam mało 'trekingowe' buty :)



W każdym razie udało nam się dotrzeć na górę cało i zdrowo. Buty - przetrwały, ale są w stanie krytycznym ;)

Krater był jak już mówiłam zapierający dech w piersiach. Na szczęście było gorąco a woda sprzyjała więc nie omieszkaliśmy zaczerpnąć trochę kąpieli w wulkanicznym jeziorze:



Było cudownie:)Oprócz tego że zjarałam się na buraka. Porządnego buraka.

Podróż powrotna była równie ciekawa - w lokalnym autobusie z tubylcami ;) I Sito - Siwa chciała poczytać im horoskopy, ale nie miała akurat przy sobie Joya ;)



To na tyle z pierwszej naszej podróży po Filipinach :) W następnym poście napiszę o szkole, która jest mega hiper przezajebista. Serio :)

poniedziałek, 13 września 2010

everything is different

no więc, ekhm, oficjalnie, bloga pisać, czas zacząć! :)

Zachęcam do regularnego odwiedzania ale uprzedzam że mogę nieregularnie pisać, but anyway - everyone is invited!!!

Tak więc zacznę od kilku prostych spostrzeżeń o Filipinach.

=> Filipiny są INNE :)
=> Filipiny są piękne, a Filipińczycy przemili (niezależnie od tego czy jest to kobieta, czy mężczyzna, czy both of them:))
=> Filipiny są troszkę śmierdzące - wilgotność jest potworna, a w połączeniu z gorącem i lekko betonowym miastem efekt jest brzydkopachnący (pachnący również częstokroć sosem sojowym ;))
=> Manila jest WIELKA. Slumsy są wszędzie. Niekończące się slumsy...
=> Makati - coś jakby district of Manila - jest miastem wieżowców. Nie zaznasz tu slumsów. Jest to prawdopodobnie jedyne takie miejsce na Filipinach. Takie państwo w państwie. Taki mały Hong Kong. Tutaj właśnie mamy uczelnię i tutaj będziemy mieszkać (w jednym z tych wieżowców z widokiem na inne wieżowce)

Nasza uczelnia - Asian Institute of Management jest znana w całej Azji. Jest to jeden z najstarszych uniwerków tu (1960 bueheh;p). Jest tu mnóóóstwo Hindusów (80%), którzy robią MBA, Bardzo sobie chwalą. Są mega otwarci, zagadują, nie patrzą się dziwnie (jak dobrze...) i są całkiem normalni ;]
Co do ludzi z wymiany to hoho, mam tu całkiem niezły przegląd obcokrajowców :) Z Niemiec, Austrii, Francji, Belgii, Włoch, Indii, Meksyku... Jak Niemcy zaczynają między sobą gadać - damn it nie rozumiem!!! :(:(:( Ale na szczęście nie muszę z nimi gadać po niemiecku. W sumie to w ogóle nie muszę z nimi gadać, bo ciągle pijemy litrowego Red Horse po 4 zł i jest GIT =)


Mój towarzysz niedoli:)

Wczoraj tak właśnie spędzałam wieczór (i w sumie poranek też), natomiast przedwczoraj mieliśmy przejażdżkę po mieście z miejscowym tubylcem, Miguelem, który generalnie jest bardzo fajny, i pali trawę ;) All the time!
Zabrał nas do zajebistej knajpy, gdzie przynosisz swoje żarcie a oni ci przygotowują :) Seriously. Jest tu gigantyczny targ z masakryczną ilością krewetek, krabów, homarów, kalmarów i innych stworzeń, które będą się Wam przyglądać na talerzu. Po prostu wybierasz to na co tylko masz pragnienie, zanosisz do baru, i dostajesz na talerzu. Mistrz! Zdjęcia uplouduje :)
Zaszliśmy też do 'ordinary' restaurant z tajskim żarciem, które również było baardzo smaczne - mieliśmy wyżerkę za 70 zł na 6 osób (w tym 3 facetów!).

Wniosek - jedzenie na Filipinach = dobrze + tanio :)






Z naszymi couchsurferami :)

Niestety nie możemy jeszcze znaleźć mieszkania...Chyba jesteśmy zbyt wybredni. Basen, sauna, piękny widok, 3 pokoje...huh, ciężko znaleźć takie coś za rozsądną cenę :)
Uczelnia zaczyna się w następny poniedziałek, więc nic na razie nie mogę napisać o przedmiotach czy profesorach, ale nie martwcie się, na pewno to zrobię!!!:)

Póki co, zbieram się i idę do China Town na chinola :D